— Oto jedno z zażaleń, świadczące, jak dotąd wyglądają nasze urzędy prowincjonalne...
Tu zaczął czytać:
„...Przybywszy do ministerstwa i chciawszy się doweselić, bo mam ciężkie życie jak nikt drugi na tym świecie, udałem się do miejscowej izby śmiechu i załączywszy dziesięć znaczków po dwadzieścia groszy, złożyłem podanie o systematyczne doweselanie mnie. Zaznaczam, że kłócę się z żoną i jeśli nie będę codziennie odpowiednio doweselany, to mogę popełnić zbrodnię. Urzędnik miejscowej izby śmiechu, owszem, przyznam, ze śmiechem z okienka się wychylił, zaśpiewał do mnie miłą piosenkę, papierek wziął, znaczki przeliczył, ale powiada: »Po doweselanie do innego okienka musi się pan udać...« Idę, woźny mnie prowadzi i dowcipy mi opowiada. Nieśmieszne. Ale rozumiem. Siła pomocnicza, niewykwalifikowany... Pracownik fizyczny właściwie... Jasne, że nie może mnie doweselić. Pukamy do gabinetu naczelnika, a tam nikt nie odpowiada... Myślę sobie, no, naczelnik jak mnie zacznie bawić, jak mi zacznie opowiadać dowcipy, fraszki, bajeczki różne, to ja się będę śmiał dopiero... I po tygodniu tak mnie tutaj doweselą, że z żoną przestanę się kłócić i pokocham ją na dobre... Pukamy, a tam nic. Wreszcie wchodzimy na siłę. Pchamy się, jak wariaci... Patrzymy:
Naczelnik siedzi za biurkiem i płacze...
— Co się panu stało? — pytam naczelnika.
A on nic, tylko płacze.
— Żona — powiada — tak się kłóci, że wytrzymać nie mogę... A pan kto właściwie?
— Jestem na doweselaniu — mówię.
— Śmiej się pan z tego... — powiada naczelnik. — Ja pana nie doweselę...
Poszedłem więc stamtąd i do okienka. Tam mówią: