— Kochany panie. Ludzi o słabszej umysłowości trzeba doweselać cyrkowymi atrakcjami... Ostatecznie departament widowiskowy przydziela wam dostateczną ilość biletów do cyrków i kin...

Zebranie skończyło się. Wszyscy powstali z miejsc. Minister śpiesznie opuścił gabinet, a za nim podążyła cała czereda wyższych urzędników. Szybko minęli lśniący korytarz i wsiedli do szklanej windy, która z szumem zwiozła ich na dół, do sal przychodni. Cała część ministerstwa poświęcona na Centralną Izbę Doweselań była rzeczywiście urządzona wzorowo. Człowiek, który tutaj wchodził, nie powinien dłużej być smutny. W niektórych poczekalniach pełno było słońca, w innych cień, przepojony wilgocią wina i zapachem muzyki, sączącej się atłasowo. Wszędzie kręciły się piękne dziewczyny, kwitły kwiaty, stały dzbany z winem i tace z piramidami najsoczystszych owoców.

Wreszcie wszyscy znaleźli się w Wydziale Kabaretowym Centralnej Izby Doweselań.

Była to przestronna sala urządzona ultranowocześnie. Pośrodku, w głębokim fotelu, siedział jakiś typ o tępej i smutnej twarzy, a dokoła niego uwijało się dwóch docentów o szpiczastych twarzach intelektualistów.

Minister podszedł doń, podał mu rękę i gdy urzędnicy zaciekawieni zatrzymali się za progiem pokoju, zaczął łagodnie indagować pacjenta:

— Pan jest na doweselaniu?

— Tak.

— I co?

— Nic mnie nie śmieszy... — odparł ponury pacjent.

— Pan z Pińska... Warszawa podobała się panu, co?