— A tak. Przed cyrkiem stał jakiś pan w meloniku i powiada: „Ładny mam cyrk...” „Ładny” — powiadam. On do mnie: „Mogę go sprzedać...” Ja się pytam, za ile... A on mówi: „Ile pan da?...” Mówię: „Na raty mogę kupić za dwa tysiące złotych...” „Ależ panie, cyrk jest własnością ministerstwa humoru, kosztuje milion”. Ja wiedziałem... Tylko tak z nim rozmawiałem, żeby doweselić się na własną rękę... Dałem mu pięćdziesiąt groszy a conto.
— Więc to tak? — krzyknął minister, już nie panując nad sobą. — Pracuje się nad panem, a pan na własną rękę się dowesela?! Pan potajemnie pędzi humor... Przecież od trzydziestu lat państwo ma monopol na humor. Powinniśmy zaraz panu spisać protokół!
— Przepraszam — wyjaśnił speszony pacjent — Ja tylko bezplanowo. Myślałem: „A nuż uda się doweselić?”
— I nie udało się. Na pewno się nie udało — z dumą podchwycił minister i powiódł po swych urzędnikach triumfalnym spojrzeniem. — A w kinie pan był? — rzucił Klipie już łagodniejsze pytanie...
— Byłem. Usiadłem koło jednej pani, co sama przyszła. Z początku ładnie było. Dużo, dużo, światła, ludzi, wchodzili, wchodzili, wchodzili. A potem światło się zepsuło i przez dwie godziny było ciemno, jak w pysk strzelił.
— A film?
— Nie widziałem, bo krótkowidz jestem.
— Trzeba było zabrać okulary.
— Zapomniałem.
— To czemu pan z kina nie wyszedł?