— Ciężka kuracja, panie ministrze, nie zdzierżę...
Drzwi trzasnęły za ministrem wybiegającym w furii z izby doweselań... Urzędnicy poszli za jego przykładem i niebawem Walenty Klipa pozostał sam...
Po chwili wydano jakieś nowe dyspozycje, zjawiła się bowiem pielęgniarka w białym fartuchu, a dwóch rumianych sanitariuszy z lnianymi wąsami dobrodusznie wtoczyło na salę wózek operacyjny. Niebawem zjawił się doktór, poszeptał coś z sekretarką, zawirował białymi skrzydłami fartucha i zniknął.
„Będę operowany” — pomyślał Klipa i strach zdławił mu oddech...
Tymczasem pielęgniarka kazała mu zrzucić szpitalny szlafrok i położyć się na stole operacyjnym...
— Koniak — krzyknęła do jednego z sanitariuszy.
Sanitariusz skoczył do apteczki i przyniósł koniak...
„Będą mnie usypiać” — pomyślał pacjent. Wzdrygnął się z obrzydzeniem i w tej chwili wózek potoczył się ku sali operacyjnej, równocześnie w ustach poczuł palący smak koniaku...
Sala operacyjna przypominała coś pośredniego między wytwornym dancingiem a małym luksusowym teatrzykiem. Tylko orkiestra ukryta w głębi grała błękitnego walca... Pacjent z lekka już uśpiony koniakiem, który pielęgniarka łyżeczką wlewała mu do ust, zdążył jednak rzucić okiem w kierunku loży, gdzie dostrzegł wszystkich przed chwilą poznanych dygnitarzy...
Wózek zatrzymał się, przeniesiono go na fotel operacyjny i Klipa stwierdził, że cała sala jest przepełniona zapachem świetnych, wnikliwych perfum...