— Ósma trzydzieści sześć — rzucił lekarz. — Zaczynamy!!
Klipa skurczył się w sobie i pomimo narkozy, która łagodziła jego pierwotny lęk, oczyma duszy ujrzał zakrwawione noże, ostre śliskie szczypczyki, młotki do rozbijania kości i owe mdłe słodkawe naczynka, w których po operacjach chlupoczą krwawe strzępy, te wszystkie nereczki emaliowane, postrach opatrunków i koszmar szpitalnych pacjentów.
Tymczasem zdumionymi oczami ujrzał, że kurtyna na małej scence rozsuwa się powoli. Rzęsisty snop zgęszczonego światła reflektorów już oświetla na scenie nagą, piękną śpiewaczkę.
— Panie doktorze — Usłyszał zdenerwowany głos ministra. — Jaki numer stosujecie do pacjenta?
— Piątkę męską polityczną!
— Za słaby środek...
Tymczasem ze sceny dolatywały już pierwsze słowa piosenki:
Po co ci złoty zegarek,
Gdy śpiewa złoty kanarek.
Konfitury ci z księżyca dam,