— Tak — odparł tamten.
— No to idź teraz za drzwi i włamuj się sam jeszcze raz. Ja tymczasem położę się do łóżka. Dobra?
Ubogie indywiduum skinęło głową.
Bela położył się do łóżka, przymrużył oczy i rozmyślał nad epizodami jutrzejszego dnia. Marzył. Nagle usłyszał cichy szelest, potem trzask zatrzasku. Nieco przyciężkie stąpania zaludniły korytarz mieszkania. Teraz drzwi od pokoju Beli otworzyły się niezbyt cicho. Wszedł. Otworzył szafę. Zgarnął wszystkie ubrania z szalonym hałasem i potykając się, uciekł na schody. Bela wypadł za nim. Gonił go w bieliźnie po ulicy, wreszcie złapał obdartusa przy pomocy przechodzącego policjanta.
Nowicjusz, niewdzięczny uczeń, nazywa się Jan Cielążek. Sąd grodzki skazał go na sześć miesięcy więzienia.
Wizyta
Ledwie pan Marnicki zamknął oczy i przyłożył się do poduszki, a już w przedpokoju dosłyszał podejrzany szelest. Tak chroboczą myszy, krasnoludki lub włamywacze... Szelest zbliżał się do jego pokoju. Przez szparę w drzwiach zamigotało chytre, zielone światełko. Pan Marnicki zastygł, skamieniał z przerażenia. Chciał krzyczeć, lecz okrzyk zapuchł mu w gardle. Rozrósł się w krtani. Dusił. Drzwi otworzyły się bez szelestu i cień człowieka wślizgnął się do pokoju.
— Kto tam? — wyszeptał przerażony właściciel mieszkania.
— To ja — odparł cień spokojnym głosem i zielonym snopem światła zlustrował pokój, po czym skierował elektryczną smugę na łóżko pana Marnickiego.
— Co za ja? Jaki „ja”?