— Niech się pan nie obawia. Nikt z rodziny. Jestem po prostu złodziejem.
Spod kołdry wydobyło się westchnienie głębokiej ulgi. Jeszcze drżąca ręka sięgnęła do nocnego stolika. W pokoju zaśpiewało wesołe, żółte światło.
— Ach, tak! Niechże pan, siada. O! Tamten fotel będzie wygodny. Więc jest pan złodziejem?
— Tak. Ale nie mam czasu na towarzyskie rozmowy. Moc pracy przede mną. Proszę o kosztowności.
— Po pierwsze, niech pan schowa rewolwer. Co do kosztowności, znajdzie je pan w portmonetce na biurku. Jest tam jeden złoty groszy pięćdziesiąt.
— Pierścionki? Złoty zegarek?
— W lombardzie, drogi panie. Nie radzę zabierać kwitów, bo zostanie pan przyłapany.
— Niestety. A może coś z garderoby?
— Widzi pan ten jasny kwadrat posadzki pod ścianą?
— Widzę...