— Wodę... magistracką?

— Tak!... Tak!... Tak!... Co się pan tutaj dziwi?! Co? „Gość jest także człowiekiem”, jak mówi poeta... Żądam, i to natychmiast, szklanki z magistracką wodą: taką prosto z kranu!

— Czystą wodę?

— A niech mi pan brudną poda!!!

Kelner wściekły, że dla szklanki wody zajęto mu stolik, po długiej konferencji z dyrektorem lokalu postanowił jednak spełnić żądanie nerwowego chłopca.

Kiedy szklanka z wodą znalazła się na stoliku pana Stefana, nasz siwy chłopiec uspokoił się i zamówił butlę burgunda48: — Pomard, rocznik tysiąc dziewięćset dwudziesty pierwszy, podgrzany do dwudziestu stopni w cieniu — zadysponował.

Kelner wykonał rozkaz w lansadach49. Tymczasem pan Trzebieniec włożył dwa palce do ust, nacisnął coś, że aż pstryknęło i na jego pulchnej dłoni zakwitły dwie szczęki, które wpuścił z pluskiem do wody. Sztuczne zęby błyszczały w szklance jak japońskie rybki.

Cała sala była zgorszona, ale pan Stefan nie speszył się wcale. Przeciwnie, z miłym uśmiechem zwrócił się do pewnej koronkowej starszej damy, która w sąsiedztwie jadła raki nożem i widelcem.

— O nieznajoma! — zawołał Trzebieniec. — Niech sobie pani wyobrazi, że już do dziesiątej restauracji dzisiaj wchodzę i nigdzie nie chcieli podać mi szklanki zwykłej wody, gdy ja, zanim wino zacznę pić, muszę zęby wyjąć i w bezpiecznym miejscu ulokować, bo psują się bardzo.

Podano mu butlę w koszyczku, niby niemowlę w pieluszkach. Trzebieniec zaczął cmokać, kumkać, plichtać, mlaskać, aż do dna butelkę wyniańczył. Wtedy zapłacił. Pogrążył dwa palce w szklance, wyjął szczęki i w ustach umieścił. Pstryknęło!