Pani Melania ma z tym wiele kłopotu, bo różne rzeczy dzieją się w pokoju pana Buńczuka, a wszystko widać jak na dłoni.
Rano pan Bończuk łazi nagi, potem wychodzi do zajęcia, ale wtedy właśnie córeczki idą do szkoły, więc mało jest pożytku z jego nieobecności. Natomiast wieczorem pan Albin różne wizyty przyjmuje i zanim światło już zgasi, niepodobna córeczek od okna odciągnąć.
Pani Chłystakowska przez dozorcę znać dawała, żeby pan Buńczuk albo firanki kupił, albo wizyt zaniechał, a kiedy tą drogą nic nie osiągnęła, zaczęła używać ostrej perswazji.
Kiedy na przykład zapalało się światło w mieszkaniu pana Buńczuka i sąsiad wprowadzał piękną panią na ową prywatną scenę, pani Chłystakowska otwierała okno, wychylała się poza rampę parapetu i oznajmiała:
— Ty szantrapo56, urwipłeciu jeden, albo firanki sobie, kup, albo zaraz światło gaś, bo tu uczciwe ludzie mieszkają i moje drobne córeczki lekcji odrabiać nie mogą!
— Zamknij się — syczał w odpowiedzi pan Ruńczuk i zatrzaskiwał okno, aby położyć tamę strumieniowi wyzwisk.
Światło jednak gasił zawsze dopiero wtedy, kiedy uważał to za stosowne. Pani Chłystakowska tymczasem musiała walczyć z córeczkami, które miały specjalną taktykę w zajmowaniu różowego punktu obserwacyjnego. Kiedy jedna z nich została odciągnięta od okna, druga zajmowała jej miejsce. Nigdy nie patrzyły razem. W ten sposób matka nie mogła unieruchomić obu jednocześnie.
Po skończonym przedstawieniu, kiedy pan Buńczuk gasił światło, panienki opowiadały sobie, co widziały, w ten sposób pomimo zabiegów pani Melanii, zamiast odrabiać lekcje, raz jeszcze widziały wszystko...
Cierpliwość pani Chłystakowskiej wyczerpała się ostatecznie i oskarżyła ona pana Buńczuka o obrazę moralności. Młody człowiek tłumaczył się w sądzie, że nie stać go na firanki.
Sąd grodzki skazał pana Albina Buńczuka na 50 zł grzywny.