Trwam w lęku przed nawrotem choroby lub modlę się o nią (o ile ręce mogą się składać w cokolwiek innego niż pięść). Gdybym była śmiertelnie chora, to bym mogła leżeć i nie martwić się o to, że twoje byłe partnerki są ode mnie ładniejsze i mądrzejsze. Gdybym była śmiertelnie chora, to by wszystkim było przykro, a nie, że krzyczy na mnie baba w skarbówce i każe pisać „czynny żal”. Gdybym umierała na waszych oczach, to by mi wzrosły statystki w social mediach. Byłabym do pożałowania, a nie pożałowania godna.
Bo ja sobą gardzę, że tak ciągle denerwuję się twoimi byłymi. I mam podejrzenie, że ty również tracisz do mnie tak zwany szacunek ze względu na nieprzyjemną cechę charakteru, mianowicie nieustające powracanie do historii. Staaaare dzieje. Mówisz: „Cechą wspólną byłych partnerek jest to, że są byłe”. Przepisałam to sto razy w pamiętniku. Bardzo dobra myśl, podoba mi się.
A jednak brnę dalej.
Ze wszystkich zajęć najbardziej męczące są bowiem dla mnie: wypatrywanie, nasłuchiwanie i ocenianie. Ciało wchodzi wówczas w system miarowych napięć, lepiej więc zająć się czymś innym. Na przykład rozmawiać z kimś niezobowiązująco, o tak: „a co tam, a jak tam, och, to ciekawe, podatek liniowy”.
Powiedziano mi w gabinecie: to jest niezdrowe tak ciągle memłać przeszłość. Zapłaciłam za to zdanie sto osiemdziesiąt złotych, ale warto było. Dowiedziałam się również, że aby wystrzegać się rozpamiętywania, należy przyjąć prostą zasadę: nie denerwować się, nie ulegać wpływom i nie oczekiwać zbyt wiele. Oj, że też sama na to nie wpadłam! Bo jeśli ciągle wraca się do historii i na dodatek zatruwa nią teraźniejszość, to nasza relacja zaczyna przypominać kościelne wypominki, z którymi i tak nie wiadomo, co zrobić. Pani w gabinecie mówi: „Po prostu żyj chwilą”. Potem pada diagnoza: „Przytoczone fakty są podstawą do stwierdzenia: kobieta około czterdziestoletnia. Znaki szczególne: wzrost, waga, wykształcenie. Siedzi z palcami zaciśniętymi wokół pamięci, oczami świecąc na wylot. Niby bardzo z siebie zadowolona, ale nie szkodzi, bo przecież na każdego przyjdzie pora. Dygocze”.
Pani pyta o emocje, jak je odczuwam. Pamiętam, że tak szybko od niej uciekałam, że aż mnie dławiło.
Patrzę więc tępo i że niby mi nie zależy. Z ciężkiego talerza wypadają pokrojone ananasy. W restauracji koło domu jest zawsze cicho, tam postanawiam zebrać myśli. Kelnerka biegnie za klientem, który zostawił torbę na oparciu krzesła. Tuż obok kobieta, która nadal nic nie rozumie. Jestem kobietą i mam obowiązki kobiece.
Im więcej nie myślę, tym bardziej się wkurwiam. Im więcej staram się nie analizować, tym więcej pojawia się obrazów. Oddychaj. Medytuj. Miej wyjebane, a będzie ci dane. Siedzę więc na niewygodnej poduszce i odnajduję przeponę. Wdech jest jak obietnica porozumienia. Wydech jak zmarnowana szansa i rozczarowanie.
Wciąż się napinam i niezdrowo bawię komórką. Sprawdzam, czy nikt do mnie nie napisał. Jak piszą, to głównie w sprawach do załatwienia. Nie umiem odmawiać, a potem nienawidzę ludzi. Cierpi na tym rodzina, praca i przyzwoitość.
Aby zagłuszyć natręctwa, próbuję czytać ważne i mądre książki opowiadające o ważnych i mądrych wydarzeniach. Fryzjer z Auschwitz, Porno w Auschwitz, Przepisy kulinarne z Auschwitz. Pełno trupów, dwadzieścia lat na nie patrzę i o nich słucham. Czy Zagładą można się naćpać, uspokoić jak wciągającym serialem? Leżę w pokoju hotelowym i odpisuję koleżance: „Ej, co my mamy z rozpamiętywaniem, nie boli nas szyja od tego ciągłego gapienia się na przeszłość? ”. Ona nie wie, o co mi chodzi. Myśli, że chcę skończyć z krwawymi historiami. A ja chcę skończyć z tym, że przede mną były inne, które obejmowały cię w pasie i całowały w kark.