Nad dziedzińcem hotelowym jest szklany dach. O dach rozbijają się ptaki, bo myślą, że dalej też można latać.

Wychowana zostałam w szacunku dla komedii romantycznych. Wierzę w miłość, ludzie! Jak ja w nią wierzę! Poza tym od maleńkości nieugięta w sprawach najnowszych płyt Madonny. Nieustępliwa zdzira z czekoladą z okienkiem. Ćpająca litery, wciągająca metafory, napierdalająca opisy przyrody od rana do wieczora. Wystrojona jak do kościoła — pomazaniec szatana. W gumę grająca aż do zdarcia tenisówek. W osiemdziesiątym piątym mama wychylała się z balkonu i wołała na obiad. Teraz sama jedną ręką gotuję jedzenie, drugą przypalam, trzecia ręka ciągle w majtkach, bo niby smutno i coś trzeba robić. No coś trzeba.

Poszłam więc do kosmetyczki, a ta do mnie, że mam zmarszczki i proponuje ich wypełnienie. Do wyboru ampułki kwasu, botoksu, jakichś związków chemicznych zapewniających dobrobyt wizualny. Generalnie będzie zajebiście. Do tego laser na wszystko, wygładzanie i niech pani zrobi coś wreszcie z suchą skórą. Wspaniale, myślę, biorę cały pakiet. Jak stąd wyjdę, będę najładniejsza i już nigdy nie będzie mi smutno, że jestem najbrzydsza.

Ale co to? To niska samoocena. Znowu przyszła, mości się w mózgu jak pani na włościach. Sadza tłustą dupę na wszelkich osiągnięciach, medalach i dyplomach. Patrzy na mnie żabim okiem, wygładza niby od niechcenia fałdy sukni balowej, bo ona zawsze taka elegancka. Zawsze wystrojona. Patrzy i pogardliwie zagaja:

— Lubisz mnie, co? Żyć beze mnie nie umiesz. Oto jestem, możesz się przytulić jak do starej kochanki, która zawsze będzie na każde kiwnięcie palcem. No chodź, tęskniłaś.

Wolałabym już mieć kolejny debet na karcie, zamiast słuchać tej suki, która siedzi mi w głowie i znowu podszeptuje brzydkie myśli. Bo o ile można zamrozić sobie twarz i narysować od początku, to wewnątrz człowiek pozostaje przecież taki sam. Nie oszukam nikogo, śmieć będzie śmieciem. Wszystkie inne osoby naokoło są fajniejsze, fajniejsze, to mnie osłabia. Już nie wiem, co mam sobie wymyślić. Ignoruję chwilowo kompleksy i pytam kosmetyczki, czy są jakieś zabiegi na bycie zwariowaną, beztroską i pewną siebie kobietą?

Ależ oczywiście, tamta się rozpromienia, jakby tylko czekała na takie zagajenie. I mi wyjeżdża z kremami zrobionymi z dupy niedźwiedzia, łba milionera i łożyska nienarodzonych fasolek wyskrobanych w bardzo złych warunkach materialnych z powodu miłościwie nam panującej ustawy. Mówię do baby: pacaj, pani, wszystko, cena nie gra roli.

A ona nabiera wielką łopatą i wsmarowuje mi prosto w oczy, nos, usta. Nie mogę nic mówić. Bez przesady, ale zatkało mnie. Może tak to ma właśnie działać, myślę sobie i jestem optymistycznie nastawiona na efekt. Brak mi tchu, jest mi gorąco i tylko resztkami sił myślę o tych, które były w twoim łóżku przede mną. Czy musiały smarować się w gabinetach kosmetycznych, czy raczej w tym czasie dostawały Nobla z zajebistości? Chyba zaraz zemdleję, ale jeszcze trochę się zastanawiam, czy te, które były w twoim łóżku przede mną, również czasami — naprawdę rzadko, ale jednak — nie czuły się dość pewnie, aby stanąć nago przy zapalonym świetle i po prostu być? Nie czuły tej okropnej guli, kiedy chcesz powiedzieć, że kochasz, ale boisz się, że zaraz wszystko okaże się podpuchą i ludzie będą śmiać się z twojej naiwności. Wytykać palcami: „łeeee, uwierzyła w miłość”. To, co jest w filmach, jest złem, które pokazało mi raj bez zawiści i rozpamiętywania. Chciałabym pozwać w tym momencie wszystkich twórców i twórczynie komedii romantycznych za wyciskanie mi łez po próżnicy. Spotkamy się, proszę państwa, w Strasburgu.

W końcu gestem proszę o przerwanie wykonywania zabiegu. „Ten zabieg mnie zabija”, charczę i wycieram się w fartuch kobiety. Chwilę patrzę oślepiona ostrym światłem. Rozmyślam się i zwijam w kłębek na fotelu. Niech mnie głaszczą. Niech mnie pocieszają. Ale jako była już klientka, na dodatek taka, która wzgardziła nowoczesną technologią w walce z upływem czasu, muszę opuścić salon urody. Płaczę potem w tramwaju, uprawiam propagandę smutku. Między czołem a zimną szybą wytwarza się niewidzialna nić porozumienia. Jadę na pętlę i z powrotem. Stać mnie, mam kartę miejską.

W nocy odwijam kolejną czekoladę ze sreberka i użalam się nad sobą. Ludzie się krzywią, że w gazetach informują o smutnych sprawach, a znowu w książkach autorzy piszą tylko o sobie i swoich problemach. A lud pragnie pocieszenia i otuchy.