A reb Szaja przez całe życie zajmował się pożyczaniem pieniędzy na procent. Jego „kapitał” rozrzucony był po całym mieście. Nie było ani jednego kasrylewianina, który by nie był u niego zadłużony. Nic dziwnego, że w jego mieszkaniu zawsze wrzało, jak w kotle. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Jedni pobierali pieniądze, drudzy oddawali.
Był tam, pożal się Boże, kantor, albo jak kto woli bank. Prawda, że bez malowanych stołów i stołków, bez urzędników w białych mankietach, bez ludzi z podkręconymi wąsami i długimi paznokciami. Na próżno byś tam również szukał okienek z kratami, żelaznych szaf i owych szalenie pękatych ksiąg buchalteryjnych, którymi łatwo można człowieka nawet zabić.
W „banku” Szai był tylko jeden stolik, na którym stał kałamarzyk i pudełko z piaskiem, czyli suszka. Za każdym razem, kiedy trzeba było coś zapisać, należało wprzódy napluć do tego kałamarzyka. Bez tego za nic nie udałoby się namoczyć pióra. W stoliku była szuflada o dwóch kółkach i dużym zamku. Spoczywała w niej księga kontowa, zawierająca wszystkie rachunki, które reb Szaja skrupulatnie prowadził według własnej buchalterii. A jak wyglądała ta buchalteria?
Księga składała się z pięćdziesięciu dwóch kartek. Na każdej z nich wypisana była nazwa parszy, czyli rozdziału Tory310, przypadającego na dany tydzień. Kartka podzielona była na dwie części, czyli rubryki. Jedną z nagłówkiem „otrzymałem” i drugą z nagłówkiem „dałem”. W rubryce „otrzymałem” było tak napisane:
„Otrzymałem od p. Gerszona Pupika za pokwitowaniem — parsza Bereszit — 20 rubli”.
W rubryce „dałem”:
„Dałem panu Symche Lemieszce za pokwitowaniem, parsza Bereszit — 2 ruble”.
„Otrzymałem od p. Fajwela Szmojsa, za pokwitowaniem, parsza Pikudej — 4 ruble”.
„Dałem dodatkowo p. Gerszonowi Pupikowi — 7 rubli”.
„Otrzymałem od p. Symchy Lemieszki jeden rubel”.