„Nie dałem już więcej Fajwlowi Szmojsowi 13 rubli”.

„Nie otrzymałem od p. Gerszona Pupika w tygodniu parszy Noach. Również w tygodniu parszy lech lecha nie otrzymałem”.

„Obiecałem reb Szymsze pożyczyć jeszcze 11 rubli”.

Jak reb Szaja wykaraskał się z tych rachunków, jeden Pan Bóg tylko wie. Nie martwcie się jednak. Dał sobie radę. Protestów, procesów sądowych i sporów nie było. Każdy dłużnik zdawał sobie sprawę, że jeśli Szaja przestanie pożyczać, to koniec, kropka, umarł w butach.

W ten sposób koło toczyło się dalej przez lata, aż do chwili, kiedy reb Szaja przeniósł się na tamten świat.

Reb Szaja umarł, a Zajdel objął po nim interes.

Trzydzieści dni żałoby minęło i Zajdel zabrał się od razu do rachunków. Trzy tygodnie ślęczał nad księgami. Ślęczał i pisał. Pisał i liczył. W końcu polecił wezwać wszystkich dłużników, do których tak przemówił:

— Szanowni moi panowie! Długo badałem wasze rachunki. Liczyłem, sprawdzałem i wyliczyłem, że nic już od was mi się nie należy. Wyszliście na czysto.

— Jak to, nie należą się od nas pieniądze? Jak to wyszliśmy na czysto?

— A tak to. Według obliczenia algebraicznego zapłaciliście procent od sumy i procent od procentu, siedemnaście razy więcej niż pobraliście, plus trzy szesnaste... Oto macie wasze pokwitowania.