Usłyszawszy takie słowa kasrylewianie zakipieli z oburzenia. Coś tu nie gra. Nic innego, tylko jakiś podstęp, jakaś gierka, jakaś sztuczka. I długo nie myśląc, cisnęli Zajdlowi w twarz wszystkie swoje pokwitowania i podnieśli raban:

— Chce nas zarżnąć! Zarżnąć bez noża! Reb Szaja, oby miał świetlany raj, prowadził z nami interesy przez wiele lat i kieszeń miał dla nas zawsze otwartą, a ten przychodzi i raptem chce nas wszystkich w błocie wytarzać.

— Głupcy — replikuje im Zajdel. — Co za idioci z was! Osły! Mówi się wam, że jesteście czyści nie dlatego, że komuś się tak spodobało, ale na podstawie samej algebry.

— Co nam tam będziesz opowiadał jakieś bajeczki o jakiś tam algebrach. Zdajmy się na sąd ludzki. Chodźmy do rabina!

— Do rabina! Do rabina! — krzyknęli wszyscy chórem.

W domu rabina zebrało się prawie całe miasto. Gwar, wrzaski i krzyki unosiły się pod niebiosa.

Zajdel pozwolił wszystkim się wygadać.

— Niech — powiedział — każdy powie, co ma na wątrobie.

Kiedy wszyscy zdążyli się już wygadać i wykrzyczeć, poprosił zebranych, aby na chwilę wyszli i zostawili go sam na sam z rabinem.

— Chcę mu coś ważnego powiedzieć, ale tylko w cztery oczy.