Jej szalech-mones składał się z dużego kawałka strucla, dwóch dużych słodkich ciast, miodownika, dwóch czarnych błyszczących makowników, nafaszerowanych dobrze wysmażonymi w miodzie orzechami. Oprócz tego uśmiechała się w brytfannie żółta, mile pachnąca pomarańcza.
— Wiesz, Nechamo, co ci powiem? Twój szalech-mones jest ładniejszy od mojego — powiada ruda Nechama w formie komplementu.
— Gdzie tam — odpowiada czarna Nechama — twój też nie jest zły. — I mówiąc to, dotyka palcem haman-taszu.
— To ci haman-tasz — Czarna Nechama aż się oblizuje z zachwytu. — To się nazywa prawdziwy haman-tasz. Powiem ci prawdę. Szkoda go dać tej mojej gospodyni. Oby jej pryszcz wyrósł na twarzy. Boże mój jedyny. Posłuchaj mnie, Nechamo, jeszcze dzisiaj nic nie miałam w ustach i chętnie bym spróbowała tego haman-taszu. Choćby malutkiego kawałeczka.
— A ja, myślisz, jadłam dzisiaj? Oby moi gospodarze tak jedli przez całe życie — mówiąc to ruda Nechama rozgląda się ostrożnie na wszystkie strony. — Weź, Nechamo, i podziel go na dwie części. Pokrzepimy się. Gdzie to jest napisane, że szalech-mones musi się składać z haman-taszu? Oto na przykład twój szalech-mones nie zawiera go.
— Obym taki dobry rok miała, jak ty masz rację!
Czarna Nechama przy tych słowach pokroiła haman-tasz na dwie równe części. Jedną dla siebie i drugą dla rudej Nechamy.
— Wiesz, co ci powiem? Ten haman-tasz ma smak raju. Doprawdy! Jedyna jego wada to to, że już go nie ma. Za twój haman-tasz należy ci się Nechamo kawałek ciasta z mego szalech-monesu. Należy nam się za drogę. Niech moja gospodyni ma o jeden kawałek ciasta mniej, ale za to o jeden pryszcz więcej na twarzy. Ile wyobrażasz sobie zarobiłam od świtu do teraz? Zgadnij! Wszystkiego jeden złoty i dwa grosze. A ile ty, duszyczko moja, zarobiłaś?
— Ja nawet tego nie zarobiłam, oby im czyrak wyrósł na języku — powiada ruda Nechama i jak tucząca się gęś pochłania cały kawałek ciasta. — Obym za cały dzień zarobiła chociaż jedną złotówkę!
— Ładne mi paniusie. Obie mogłyby się bez niczyjej szkody zapaść pod ziemię! — powiada czarna Nechama i oblizuje wargi po zjedzeniu ciasta. — Przychodzę ja do Chiny, żony celnika, i przynoszę jej szalech-mones. Ta odbiera go i zaczyna grzebać w swoich kieszeniach. Grzebie i grzebie, a na koniec powiada, żebym przyszła później. Oby do niej śmierć przyszła.