— Zupełnie tak samo miałam z Kajlą, żoną reb Arona — powiada ruda Nechama. — Przynoszę jej szalech-mones, a ona za drogę daje mi cukierka. Oby Bóg dał jej nową duszę!
— Tę starą należałoby rzucić psom na pożarcie — powiada czarna Necham i sięga po jedno ze słodkich ciasteczek z szalech-monesu Złaty. Dzieli je na dwie części i jedną daje koleżance.
— Weź, jedz kochanie. Oby robaki zjadły te paniusie. Nie będę się przejmowała, jeżeli jedna gospodyni dostanie o jedno ciastko mniej.
— Oj nieszczęście! Biada mi! Popatrz! — krzyczy ruda Nechama. Załamuje ręce i biadoli: — Zobacz, kochanie, co mi pozostało z całego szalech-monesu!
— Głupia babo, nie bój się. Kto im powie, ile i co było w szalech-monesie. Dzisiaj przez cały dzień otrzymują szalech-monesy. Nawet nie zauważą.
I obie Nechamy przykrywają swoje brytfanny serwetkami i rozchodzą się każda w innym kierunku, jakby nic się nie wydarzyło.
Zelda, żona reb Josiego, kobieta dość urodziwa, o ładnej okrągłej twarzy, ubrana w czerwony, upstrzony białymi grochami jedwabny fartuszek, ustawiła w należytym porządku te szalech-monesy, które otrzymała i te, które miała wysłać.
Reb Josie-fujara (takie przezwisko nadała mu Kasrylewka) leżał na kanapie i chrapał. Menasze, osiemnastoletni młodzieniec o czerwonych policzkach, ubrany w błyszczącą pelerynę, uwijał się wokół matki i łakomie podkradał coraz to inny kawałek ciasta, miodownik i łazanki. Tak się objadał tymi słodyczami, że aż zęby mu sczerniały, a w brzuchu burczało. Zelda nie wytrzymuje i co chwila upomina go:
— Menasze, może już wystarczy?
— Wystarczy, wystarczy! — zgadza się Menasze, ale zaraz potem wpycha do ust coraz to nowy kawałek. — To już ostatni kawałek — zapewnia matkę i językiem wyciera wargi.