— Wesołego święta! Moja pani przysyła wam szalech-mones — powiada czarna Nechama do Zeldy i podaje jej przykrytą serwetką brytfannę.

— U kogo służysz — pyta Zelda i z radosnym uśmiechem na twarzy odbiera z rąk Nechamy prezent.

— U Złaty, żony reb Ajzyka Bał-brysnika — odpowiada Nechama i czeka, aż Złata wyjmie szalech-mones i zwróci brytfannę. Zelda jedną ręką sięga do kieszeni, aby wydobyć grosik i zapłacić Nechamie za fatygę, a drugą zdejmuje serwetkę z brytfanny. Patrzy i drętwieje:

— Co to jest? Menasze, rzuć no okiem!

Menasze podchodzi, rzuca okiem i zaraz chwyta się za boki. Ze śmiechu zgina się aż do samej podłogi. Wybuchy śmiechu budzą Josie-fujarę, który z przerażenia omal nie zwala się z kanapy.

— Ha! Co? Co tu się dzieje? Kto tam?

— Popatrz no, Josie, na ten szalech-mones — woła Zelda założywszy ręce na brzuch. Menasze nadal wije się ze śmiechu. Reb Josie-fujara spluwa, obraca się twarzą do ściany i znowu zapada w sen.

Zelda ciska brytfannę w twarz Nechamy i powiada:

— Powiedz tej swojej pani, żeby dożyła następnego roku i lepszego szalech-monesu od tego od nikogo nie dostała!

— Amen i wam tego samego życzę — odpowiada czarna Nechama i zabiera brytfannę.