— Obyś wrosła głową w ziemię! — krzyczy ze złości Zelda. — Bezczelna dziewka! Menasze, co ty na nią powiesz?

Złata, żona reb Ajzyka, kobieta, która co roku rodzi i nie przestaje się leczyć, była już porządnie zmęczona nieustającym przyjmowaniem i wysyłaniem szalech-monesów. Siedzi więc na stołeczku i komenderuje swoim mężem Ajzykiem-brysnikiem (tak go przezywają, bo co roku wyprawia brys349).

— Ajzyku, weź tamten kawałek tortu i połóż go tutaj, a tamten kawałek świętojańskiego chleba z dwoma makownikami zabierz stąd i połóż tam. Ajzyk, podaj mi tamto ciasto na łazanki! Nie to, tylko tamto! Ruszaj się! Widzieliście go? Uczyć go trzeba abecadła! Zupełnie jak małe dziecko! Weź tamto ciasteczko, to, które jest mączne, i połóż je tam. Właśnie tam. A teraz pokrój ten kawałek tortu na dwie części. Za duży jest, Ajzyku! Byłoby grzechem. A wy, bękarty, precz stąd!

Ostatnie słowa kieruje do całej zgrai dzieciaków, które zebrały się wokół niej. Stoją z obnażonymi pępkami i oblizując wargi pożądliwym wzrokiem wpatrują się w te wszystkie słodycze. Starają się ukradkiem podejść matkę od tyłu i na chybcika ściągnąć ze stołu kawałek ciasta. Złata jest czujna i jeśli tylko któregoś przyłapie na gorącym uczynku, nie żałuje mu ani klapsów, ani szturchańców.

— Wesołego święta! Moja pani przysyła wam szalech-mones — powiada ruda Nechama i podaje Złacie przykrytą serwetką brytfannę.

— U kogo służysz? — pyta z przyjaznym uśmiechem na twarzy i sięga po prezent.

— U Zeldy, żony reb Josiego — odpowiada ruda Nemacha i czeka na zwrot opróżnionej brytfanny. Złata jedną ręką sięga do kieszeni po grosik, aby zapłacić Nechamie, a drugą odkrywa brytfannę. Patrzy i omal nie mdleje.

— Oby wszystkie moje koszmarne sny spadły na głowę, ręce i nogi moich wrogów. Oby ich piorun trzasnął! Widzieliście ten piękny prezent? Kpiny sobie urządzają. Zabierz to i oddaj z powrotem swojej pani!

I jednym energicznym rucham ciska brytfannę w twarz rudej Nechamy.

Reb Josie i reb Ajzyk są sklepikarzami. Mają sklepiki obok siebie na placu targowym w Kasrylewce. I mimo iż konkurują z sobą i wydzierają sobie nawzajem klientów, potrafią żyć w zgodzie, jak bracia. Jeden u drugiego nieraz zaciąga pożyczkę. Jeden bywa u drugiego podczas świąt, lub na kiduszu350. Jednym słowem, żyją tak, jak przystało na dobrych sąsiadów. Latem siedzą przez cały dzień w sklepie i grają w kości, a zimą wpadają do siebie, aby się trochę ogrzać. Ich żony również żyją z sobą w przyjaźni. Razem oplotkowują cały świat. Kiedy jednej zabraknie towaru w sklepie, druga natychmiast jej pożyczy. Powierzają sobie najskrytsze tajemnice. A jeśli czasem z powodu jakiegoś głupstwa dochodzi między nimi do kłótni, to zaraz się przepraszają. Słowem żyją jak ludzie „pod jedną budą na jednym wozie”.