Na drugi dzień po Purim, kiedy reb Ajzyk poszedł otwierać sklep, okazało się, że reb Josie zdążył go już wyprzedzić. Właśnie stał przed swoim sklepem nadęty jak indyk i widać było, że czeka tylko na to, żeby reb Ajzyk przywitał go swoim zwykłym „dzień dobry”, a wtedy on mu nie odpowie... Reb Ajzyk, który też był odpowiednio nastawiony przez żonę, otworzył sklep, stanął w drzwiach i czekał, aż reb Josie pierwszy podejdzie ze swoim „dzień dobry”, a on zbędzie go milczeniem. I tak stali obaj, jeden naprzeciw drugiego, nadęci jak dwa koguty i czekali na to, kto pierwszy zacznie. I mogliby tak milcząc stać przez cały dzień, gdyby ich żony nie nadeszły z placu targowego. Obie pałały gniewem:
— Ajzyk, dlaczego mu nie podziękujesz za piękny szalech-mones, który mi przysłała jego piękna połowica? — powiada Złata do męża.
— Josie, dlaczego mu nic nie mówisz o jego wspaniałym szalech-monesie? — zwraca się Zelda do swego męża.
— Ajzyk, słyszysz? Ona się jeszcze stawia. Jeszcze chce nas drażnić. Powiedz mu coś!
— Co tam będę gadał z fujarą! — Reb Ajzyk mówi to podniesionym głosem. Chce, aby Josie usłyszał, że nazywa go „fujarą”.
Reb Josie nie pozostaje w tyle, chce go dotknąć przezwiskiem „brysnik”.
— Boję się zaczynać z tym brysnikiem.
Na pozór wydaje się, że w słowie „brysnik” nie ma nic obraźliwego. Każdy mąż, któremu żona rodzi syna, staje się po ośmiu dniach brysnikiem, albowiem wyprawia brys, czyli urządza uroczystość obrzezania syna. Sęk jednak w tym, że reb Ajzyk mógł znieść wszystko na świecie, z wyjątkiem przezwiska „brysnik”. Wolałby raczej usłyszeć najgorsze przekleństwo. Na dźwięk tego słowa gotów był rozszarpać przeciwnika na strzępy.
Tak samo rzecz się miała z Josiem. Wolałby trzy razy dostać po twarzy, niż jeden raz usłyszeć słowo „fujara”.
Wkrótce zbiegło się na miejsce kłótni całe targowisko. Z trudem udało się ich rozłączyć. Ludzie byli ciekawi, o co poszło tym dwóm dotychczas zaprzyjaźnionym sąsiadom. Dlaczego dwaj do niedawna przyjaciele, wzięli się nagle za łby? Reb Josie i reb Ajzyk oraz Złata i Zelda tak naraz się przekrzykiwali, że z gąszczu nieartykułowanych słów zdołano wyłowić tylko jedno: szalech-mones. Jaki szalech-mones? Co za szalech-mones? Tego nie udało się ustalić.