— Gospodin mirowoj — zaczęła Zelda, odpychając jedną ręką swojego mężulka, a palcem drugiej wskazując na Złatę — ona, eta hultajka, do minie prisiłajet, dzisiaj, w Purim taki szalech-mones, że ino się śmiać! Parszywy strudel i odin słodkie ciasto. Po prostu kpiny i drwiny. Tfu!
— Aj! Aj! Aj! Ja tego nie wytrzymam — krzyczy Złata i bije się w piersi — Daj Boże mini takoj szmatok zołota!
— Amen — odpowiada Zelda.
— Milcz pyskata! Dwie brytfanny, gospodin mirowoj, daj Boże mini takoj mazł: chleb świętojański i królewską chałę, a jej cures355 i wszystkie egipskie plagi. A ucho Hamana, haman-tasz, to nic? Oj, biada mi!
— Jakie ucho Hamana? Niczego takiego nie było!
Mirowoj usiłował uspokoić kobiety. Najpierw łagodnie, po dobremu, a gdy to nie pomogło, podniósł głos i zaczął dzwonić dzwonkiem. Przekonawszy się, że to nie pomaga, że nie uda mu się zamknąć im ust, polecił obie usunąć z sali. Kiedy zaś na chwilę wrzawa ucichła, polecił obu mężom udać się ze swoją sprawą do rabina.
— Idźcie do rabina z waszym haman-taszem.
Reb Juzipl, rabin Kasrylewki, którego nasz czytelnik zdążył już poznać, jest dzięki Bogu takim Żydem, który potrafi wszystko znieść. On lubi każdego wysłuchać do końca. Wyznaje zasadę, że jak długo by człowiek nie gadał, to w pewnej chwili musi przestać. Człowiek bowiem nie jest — powiada reb Juzipl — maszyną. Tym razem jednak trudność polegała na tym, że mówił nie jeden człowiek, ale czworo i to naraz. Do tego wszystkiego ludzie z boku też wtrącali swoje trzy grosze. Co to szkodzi? — myślał sobie. Wszystko na tym świecie ma swój koniec. Kiedy wszyscy nagadali się, wykrzyczeli i wykłócili do syta, nagle zaległa cisza i reb Juzipl mógł spokojnie przemówić do obu stron. Zgodnie ze swoim zwyczajem najpierw westchnął, a potem ze słodyczą w głosie powiedział:
— Och, och, och! Nadchodzi święto, wielkie święto Pesach! Nie byle jakie święto! Pesach! Nasi przodkowie wyszli z Egiptu i przeszli przez morze. Przez takie morze i to suchą nogą. Przez czterdzieści lat błądzili po pustyni. Czterdzieści lat! Przyjęli u stóp góry Synaj Torę356. Taką Torę, w której jak byk stoi: „I będziesz kochał bliźniego, jak siebie samego...” A tu Żydzi się kłócą i biorą za łby. To grzech, to obraza Imienia Boga na oczach gojów357. Przysięgam, że to obraza! Lepiej byście pomyśleli o mące na macę dla biednych. Nasi biedacy nie mają jeszcze macy na święto. Już nie mówię o jajkach, smalcu i jarzynach. Postarajcie się więc o macę dla nich. Przecież to nie byle jakie święto. Posłuchajcie mnie, żydowskie dzieci, wybaczcie sobie nawzajem, pogódźcie się i w zdrowiu wracajcie do domu.
I ludzie zaczęli się rozchodzić. Pojedynczo, jeden za drugim, opuszczali dom reb Juzipla. I jakby śmiejąc się z wyroku reb Juzipla, pojawiło się zaraz powiedzonko: „Jak nie wyrok, to urok”. Leżało to już w naturze kasrylewskich prześmiewców. Ale w głębi serca każdy prześmiewca czuł, że reb Juzipl ma rację. I ogarnął ich wstyd na samą myśl, że taka rzecz z szalech-monesem mogłaby się jeszcze raz kiedyś powtórzyć.