Nasza Kasrylewka — a ja pochodzę z Kasrylewki — to małe, biedne miasteczko. U nas nie ma złodziei. U nas nie kradną. Nie ma u kogo kraść i nie ma co kraść. Poza tym Żyd w zasadzie nie jest złodziejem. To znaczy, że owszem, bywają Żydzi-złodzieje, ale nie tacy, co to włażą przez okna albo zakradają się do domu z nożem w ręku, gotowi zabić. Widzicie, pokręcić, zakręcić głowę komuś, bardzo proszę. Ale żeby włazić komuś do kieszeni, nie. Mogą go przecież złapać za rękę, przylepić mu żółtą łatę i poprowadzić po ulicy. Co to, to nie. To Żydowi nie przystoi. To przystoi raczej Iwanowi-złodziejowi. I oto wyobraźcie sobie, że pewnego dnia wydarzyła się u nas w Kasrylewce kradzież. I to jaka kradzież. Za jednym zamachem całe tysiąc osiemset karbowańców388.
Na dzień przed Jom Kipur w porze modlitwy mincha389 przybył do naszego miasta pewien Żyd z Litwy, dostawca rządowy. Zatrzymał się w domu zajezdnym. Zostawił walizkę w pokoju i zaraz udał się do bożnicy. Trafił do starego bet-hamidraszu390. Wchodzi do środka i zastaje przy „misce” gabajów391 bożnicy.
— Szolem alejchem392!
— Alejchem szolem! Skąd Żyd przybywa?
— Z Litwy.
— Jak się Żyd nazywa?
— Czy innych kłopotów wasza babcia nie miała?
— Ale pan przyszedł do bożnicy.
— A dokąd miałem przyjść?
— Pan się chyba chce pomodlić?