— Za dużo pan chce wiedzieć. Szybko pan się zestarzeje.
Czyż trzeba lepszego komentarza do tych słów? Czyż nie wynika z nich jasno, że tym szczęśliwcem jest nie kto inny, ale właśnie on sam? A jeśli pozostaje jeszcze jakiś cień wątpliwości, to wystarczy spojrzeć na jej twarz, jasną i promienną. Wystarczy popatrzeć na jej oczy gorejące szczęściem. Twarz znana mu i bliska. Znane mu i bliskie oczy. Gdzie on widział tę białą dziewczynę o falujących blond włosach? I jej ręka wydaje mu się tak bardzo bliska. Biała rączka o cienkich, długich palcach. Biała rączka gładka i ciepła. Po raz pierwszy w swym życiu trzyma za rękę dziewczynę...
Niczym pobożny Żyd wypatrujący Mesjasza, czekał Szolem na nadejście wspaniałego święta Symchat Tora. Jednak czas dłużył mu się. Dni wlokły się powoli. Prawie odchodził od zmysłów. Postanowił wtedy wylać swoje serce na papier. Ni z tego, ni z owego zabrał się do pisania listu. Zajęło mu to dzień i noc. Pisanie szło mu gładko. Słowa płynęły niby woda z fontanny. Nie byłoby końca tej pisaniny, gdyby papier się nie skończył. Bez względu na stan majątkowy autor listu zapłaciłby każdą sumę za swoje dzieło.
Teraz pozostała ostatnia sprawa: jak kot ma się przeprawić przez rzekę? Jak list ma się dostać w ręce dziewczyny? Jest tylko jedna rada: przesłać go przez koleżankę. Będzie to oznaczało dopuszczenie do tajemnicy osoby trzeciej. Zaufać obcej dziewczynie, o której nic się nie wie? Nie stanowiłoby to większej przeszkody, gdyby nie jedno ale. Jak dotrzeć do tej trzeciej osoby? I na to jest rada. Trzeba będzie wciągnąć do sprawy czwartą osobę. Będzie to chłopiec, w którym jest zakochana koleżanka córki kantora. Chłopak z chłopakiem zawsze się dogada. Chłopak z chłopakiem mogą bez przeszkód załatwić wszystko w najgłębszej tajemnicy. Teraz pozostała do załatwienia właściwie tylko drobnostka. Znaleźć owego chłopaka i nawiązać z nim przyjaźń. To, zdaje się, jest łatwe. Od słów do czynów jednak daleko.
Chłopak był subiektem209 w sklepie żelaznym. Miał ładną twarz, ale ręce takie, że strach. Istne łapy. Przystąpić do niego było nietrudno, gorzej jednak z wtajemniczeniem w sprawę. No i jak mu powiedzieć, do czego jest potrzebny? Już przy pierwszym spotkaniu o mało nie doszło do skandalu. Właścicielce sklepu, Żydówce ubranej w gruby kożuch, mimo że było po sezonie zimowym, o czarnych rękach i sczerniałym nosie (gołymi rękami ważyła gwoździe i śrut, po czym wycierała nimi nos) nie przypadła do gustu okoliczność, że jej subiekt zadaje się z synem Rabinowicza. Jakie to sprawy może mieć do załatwienia jej subiekt z młodym Rabinowiczem? Pierwszy niewypał.
Następnym razem, gdy już Szolem wyznał subiektowi, że ma prośbę do jego narzeczonej, ten nadął się jak kogut na kota, który dobrał się do jego kur.
— Skąd wiesz, że mam narzeczoną?
— Znam jej koleżankę.
— Córkę kantora? Połamie ci kości.
Szolem nie rozumie, co to znaczy połamać kości. Jednak ze śmiechu subiekta wnioskuje, że święci się coś niedobrego. Zadaje więc pytanie: