— Od córki kantora.

Wyjaśnienie jest nie najgorsze. Z całą pewnością miło jest usłyszeć taki komplement od dziewczyny, którą się kocha. Mimo woli jednak złe przeczucie wkrada się w serce Szolema. A może subiekt wcale nie przekazał jego listu i sam go przeczytał? Ta myśl nie pozwala mu zasnąć. Ledwo doczekał się odpowiedzi.

Święto było już za pasem. Subiekt wybiegł mu naprzeciw i wsunął do ręki żółty skrawek papieru złożony we czworo. Bez koperty, ale z odciśniętą w wosku monetą. Był to właśnie długo oczekiwany liścik od córki kantora. Smukłe litery listu przypominały jej długie, cienkie palce. Pisała o tym, że ze łzami w oczach czytała jego list wiele razy. Szczerze żałuje, że sama nie potrafi pisać tak pięknie jak on. Gdybym miała skrzydła, to bym na nich przyleciała do ciebie. Gdybym umiała pływać, to bym przepłynęła wszystkie morza, aby tylko ciebie ujrzeć. Jeśli sądzisz, że potrafię spokojnie spać, to się grubo mylisz. Z niecierpliwością wypatruje święta Symchat Tora. Serce rozumie serce. Na koniec upominała Szolema, aby nie posyłał więcej listów tą drogą, jest bowiem przekonana, że był on w obcych rękach. Tu Szolemowi przypomniały się łapy subiekta. Robi mu się na przemian gorąco i zimno. Wyobraża sobie dokładnie, jak subiekt otworzył kopertę i czytał jego list. Jego serdeczne zwierzenie przeznaczone dla córki kantora.

Jednak nie zamartwiał się długo. Oto bowiem jest już Symchat Tora. Wnet ją zobaczy. Wnet będzie stać przy niej. Będzie z nią rozmawiał. Będzie razem z córką kantora.

56. Symchat Tora

Święta noc. Poezja zawarta w oczekiwaniu na hakafot210. Żydzi idą w tan. Kobiety i dziewczęta całują „Torę”. Niebiosa otwierają się i aniołowie śpiewają pieśni pochwalne

Gdybym był Goethem, klnę się, że nie opisałbym cierpień młodego Wertera. Raczej opisałbym zmartwienia biednego młodzieńca, śmiertelnie zakochanego w córce kantora. Gdybym zaś był Heinem, za Boga bym nie opiewał nocy florenckiej. Już prędzej opiewałbym noc Symchat Tora, gdy Żydzi odprawiają hakafot, a młode kobiety i piękne dziewczęta zbierają się w bóżnicy razem z mężczyznami. W Symchat Tora jest to dozwolone. Całują Torę, skaczą, krzyczą i piszczą we wszelkich tonacjach: — Obyście dożyli następnego roku! — W odpowiedzi słyszą: — I wy także! I wy także!

Na godzinę lub dwie przed hakafot zbierają się już małe dzieci, chłopcy i dziewczęta. Włażą na ławki, a chorągwie w ich rękach łopoczą. Jabłka na drzewcu błyszczą czerwienią. Palą się wetknięte w nie świeczki. Policzki dzieci są równie czerwone jak jabłka, a ich oczy płoną nie gorzej od świeczek.

Starsi chłopcy, ci od Gemary albo ze szkoły ujezdnoj, spacerują tymczasem po podwórzu bóżnicy. Powietrze jest jeszcze łagodne i rześkie. Niebo usiane gwiazdami. Święto na całej kuli ziemskiej. Nawet cisza jest świąteczna. Nic nie może zakłócić nocy Symchat Tora, gdy naród wybrany raduje się na całym świecie z daru niebios. A jeśli przejeżdża obok jakaś chłopska furmanka i podnosi gęsty, dławiący kurz, jeśli przelatuje wóz pocztowy ze swoim dzwonkiem — dzyń, dzyń, dzyń! — to jedzie nim jakaś figura, jakaś władza, ale kto na to zwraca uwagę? Kurz opadnie, dzwonek ucichnie gdzieś w dali, a noc pozostanie wciąż święta, świąteczna, albowiem Symchat Tora panuje dziś na świecie! Czarny kot przebiega przez podwórze bóżnicy na swoich aksamitnych miękkich łapach. Przecina dziedziniec i znika. Z daleka, z ulicy gojów, dobiega szczekanie psa. Ujada długo, potem powoli cichnie. A noc pozostaje święta, bowiem panuje święto Symchat Tora. Jakże lekko człowiek oddycha! I tak dobrze jest na sercu. I jak przyjemnie na duszy. Wewnętrzny spokój czyni człowieka cierpliwym. Przecież to nie byle co. Oto jestem ja i oto jest noc Symchat Tora. Oto jest niebo a w nim Bóg. Mój Bóg! Moje niebo! Moje święto!

Dzieci już odprawiają hakafot! Wpadają do bóżnicy. Gdzie? Co? Zaczyna się! Na razie odmawiają modlitwę Maariw. Kantor Cale z zimnej bóżnicy stoi przy podium wraz ze swoimi dwoma pomocnikami. Jeden z nich, czarnowłosy chłop o grubych wargach, to bas. Drugi, wychudły chłopczyna o białej twarzy, to tenor. Zaś sam kantor Cale o złotym gardle to Żyd wysoki, rudy, z nosem zagiętym niczym szofar. Ma cienkie kręcone pejsy i rudą kręconą bródkę, jakby przyklejoną. Kto by pomyślał, że taki potworek ma piękną, delikatną, łagodną i miłą córkę. Córka kantora to właśnie jego córka; kantor Cale to jej ojciec, który na każdym kroku chwali się, że nikt nie ma tak pięknej córki. Szkopuł tylko w tym, że ona nie chce wyjść za mąż. Kogo by nie swatano, jedną daje odpowiedź: „nie”. Pomoże to jej jak umarłemu kadzidło. W chwili, gdy zjawi się właściwy konkurent, będzie musiała powiedzieć „tak”. W razie odmowy weźmie się ją za warkocze. A pod ręką zawsze znajdzie się kij. Tak mówi kantor Cale, rzecz jasna w żartach. Pokazuje przy tym swoją bambusową laskę ze starą, pożółkłą gałką z kości słoniowej.