Odprawiono już modlitwę Maariw w zimnej bóżnicy, a do hakafot jeszcze daleko. Dopiero odmawiają Ato horejso ładaas211. Dopiero rozdzielają poszczególne wersety pośród wiernych zgromadzonych przy wschodniej ścianie bóżnicy. Każdy z nich odmawia swój werset, stojąc obok swego miejsca. Każdy jednak wygłasza modlitwę na swój sposób, w innej tonacji i innym stylu. To znaczy, styl jest jednakowy, ale każdy ma inną barwę głosu i każdy trochę się boi, wychodzi więc nie to, co trzeba, a zakrętas, jaki zostawia się na końcu wersetu, całkowicie gdzieś zanika.

Bóżnica jest dostatecznie duża, szeroka i wysoka. Nie ma sufitu — widać dach. Dlatego zowią ją zimną. Dach jest pomalowany na niebiesko. Może ciut za bardzo niebiesko. Przez to wydaje się prawie zielony. Malarz przebrał miarę. Również gwiazdy na nim są nieco za duże. Każda gwiazda jest tylko trochę mniejsza od jabłka i wygląda jak kartofel pomalowany na złoto. Malarz rozmieścił je gęsto, w równych rzędach. Jedna obok drugiej. Ze środkowej części dachu zwisają na długich miedzianych linach wiekowe świeczniki odlane ze starej, żółtej, pozieleniałej miedzi. Z tej samej miedzi lśnią kinkiety na ścianach. Wszystko przesycone jest światłem. Palą się wszystkie świece. Jest tak jasno, że jaśniej chyba już być nie może.

Skąd się wzięło tylu, bez uroku, Żydów, kobiet, chłopców, dziewcząt i małych dzieci?

Szolem jest po raz pierwszy w zimnej bóżnicy. Mimo woli przychodzi mu na myśl werset: „Jak dobre są twoje namioty, Jakubie!”. Z trudem znajduje miejsce siedzące. Na szczęście dostrzegł go szames. Przecież to synek reb Nachuma Rabinowicza. Obowiązkowo trzeba dla niego znaleźć miejsce, i to właśnie w ławce lustrzanej, wśród wybitnych obywateli.

W którym miejscu modlitwy jesteśmy? Szum i gwar jest tak wielki, że nie słychać głosu kantora i jego pomocników. Na nic okrzyki z tłumu: — Sza! — Na próżno szames stuka w stół. Kobiety trajkoczą, dziewczęta śmieją się, dzieci piszczą, jakiś chłopczyk zanosi się płaczem. Czemu płaczesz, chłopczyku? Strącili mu niechcący jabłko z chorągiewki, zdeptano je. Co teraz pocznie bez jabłka? A obok siedzi starszy chłopak, szczerzy zęby i śmieje się z dramatu dziecka. Złości to Szolema. Wdaje się więc w rozmowę z chłopakiem:

— Co tu jest do śmiechu?

Na to ten, nie przestając szczerzyć zębów, odpowiada:

— Bo on jest głupi!

To jeszcze bardziej złości Szolema:

— A ty w jego wieku miałeś więcej rozumu?