Tym razem młodzieniaszek przestaje się śmiać i odpowiada już łobuzersko:

— Ile miałem rozumu w jego wieku, nie pamiętam, ale jest pewne, że mam więcej rozumu niż ty, mimo że chodzisz do szkoły i jesteś synem Nachuma Rabinowicza.

Gdyby to nie zdarzyło się w zimnej bóżnicy wśród obcych ludzi, to syn Nachuma Rabinowicza inaczej policzyłby się z tym urwisem. Tu jednak musiał przemilczeć zniewagę, mógł bowiem solidnie oberwać. Poza tym usłyszał właśnie wśród gwaru i szumu umiłowanie słowa: — Hatojroni reb Szymszon Zejw bereb Chaim Cwi hakojn tejn kowod latojro!212 Widać, już zaczęło się hakafot. Gdzież więc córka kantora?

Ana adonaj hoszia na!213. — Prosimy cię Panie, zbaw nas! — Pierwsza część zakończyła się tańcem i śpiewem na prostą melodię. Przeszło pierwsze hakafot. A szames wywołuje już swoim ochrypłym głosem następnych do oddania czci Torze. I tak zakończyło się drugie okrążenie, trzecie i czwarte. Po każdym okrążeniu ta sama zwykła melodia i ten sam taniec. A córki kantora nie widać.

Szolem wierci się. Rozgląda się na wszystkie strony. Niestety, nie ma jej. Ani jej, ani jej koleżanki. Czyżby go aż tak brzydko oszukała? A może po prostu nie mogła przyjść? Może coś się jej przytrafiło? Może rodzice dowiedzieli się o ich tajemnicy i zamknęli ją w domu? Po kantorze Cale można się wszystkiego spodziewać. Przecież ciągnie córkę za warkocze i bije ją laską! I mroczne myśli nachodzą Szolema.

Ponieważ chłopak Nachuma Rabinowicza kręcił się, wiercił i rozglądał na wszystkie strony, szames uznał, że zapewne przepada on za udziałem w hakafot. A może też ktoś z gabajów214 dał mu znak, aby wyróżnił syna Nachuma Rabinowicza? Tak czy owak wśród wywołanych do Tory Szolem usłyszał nagle swoje imię: — Młodzieńcze Szolemie, synu Menachema Rabinowicza, oddaj cześć Torze! — Krew uderzyła mu do głowy. Nie był w stanie znieść spojrzeń szacownych obywateli. Poczuł się jak młodzieniec wywołany do odczytania całego rozdziału Tory w sobotę. Nim zdążył rozejrzeć się wokół, szames podał mu Torę. Już stał w jednym szeregu z grupą Żydów, z olbrzymią Torą w rękach. Ruszyła procesja. Z przodu kroczy kantor Cale i śpiewa: — Ojzer dalim, hojszio no!215 — Kobiety i dziewczęta wyrywają się z tłumu. Całują Torę i składają mu życzenia: — Obyście dożyli następnego roku!

Szolem czuje się jakoś dziwnie. Zwracają się do niego per wy. Jest zmieszany niespodziewanymi honorami. Odczuwa dumę. Jedyny chłopak wśród tak wielu starszych Żydów. Rozpiera go duma, że nie jest byle kim, że jest synem reb Nachuma Rabinowicza. Z dobrego domu. Wśród największego zgiełku nagle czuje na swojej ręce pocałunek: — Obyście dożyli następnego roku! — Podnosi oczy, a przed nim córka kantora i, ma się rozumieć, jej przyjaciółka...

Niebiosa otwierają się. Aniołowie schodzą na ziemię i śpiewają hymny. Opiewają stworzony przez Boga świat. Ten dobry, słodki, piękny, umiłowany świat! Opiewają ludzi, których Pan Bóg stworzył. Dobrych, słodkich, pięknych i umiłowanych ludzi! Jest wspaniale. Tak cudownie, że chce się aż płakać ze szczęścia. A serce śpiewa pieśń na cześć niebiańskich duchów: — Szolem ałejchem216, aniołowie!

Prawda, w pierwszej chwili Szolemowi zrobiło się przykro i nieco dziwnie. Zamiast pocałować Torę, pocałowała go w rękę. Zaplanowała tak? Wyczytał to z jej śmiejących się oczu. Był tak zdumiony, że omal nie wypuścił z rąk Tory. Miał ochotę zatrzymać się. Chciał jeszcze raz spojrzeć w jej piękne oczy. Może nawet szepnąć kilka słów. Ale nie ma rady. Żydzi postępują za nim w szeregu. Trzeba iść naprzód. Trzeba przekazać Torę następnym. Okrążenie jeszcze nie dobiegło końca. Dopiero przed Arką Przymierza można przekazać zwoje Tory szamesowi. Ogląda się więc Szolem za siebie. Może jeszcze raz ją zobaczy. Choćby z daleka. Nie widać jej. Idzie więc dalej. Postępuje za Żydami. Robi jeszcze jedną rundę. Wypatruje. Córki kantora nie ma w pobliżu. Znikła jak kamfora. Wybiega więc z bóżnicy. Szuka jej na podwórzu. Nigdzie jej nie ma. Może był to sen? Może to była zjawa? Nie! To nie był sen. To nie była zjawa. Jeszcze teraz czuje jej pocałunek na swojej ręce. Idzie przed siebie i nie czuje ziemi, po której stąpa. Wydaje mu się, że ma skrzydła i leci. Fruwa w powietrzu, a wraz z nim aniołowie. Unoszą się w przestrzeni. Odprowadzają go aż do wielkiej bóżnicy.

Tam dopiero połowa hakafot. Ojciec jest zadowolony, w świątecznym nastroju. Ubrany w starą, wytartą jedwabną kapotę, z której miejscami wyziera żółta podszewka. Wygląda wspaniale jak nigdy. Obok niego stoją obaj udani zięciowie. Z jednej strony Lejzor Josł, z drugiej Magidow. Obydwaj żartują, a ojciec słucha, jak to w jego zwyczaju, uważnie i śmieje się.