Jak wybiera się rabina. Rabin z Lubenia. Stary znajomy. Reb Kahane proteguje młodego kandydata. Szolem wygłasza kazanie i zdobywa sobie poklask publiczności. Mazł tow! — wybrany jednogłośnie. Cud dla gojów. Powrót do Perejasławia. Radość zostaje zmącona. Szolem daje sobie słowo, że nie będzie taki jak inni

Lubeń to nazwa miasta, które zapragnęło mieć nowego rabina. Słowo „zapragnęło” jest oczywiście poetycką przesadą. Miasto pragnie mieć rabina tak samo, jak pragnie mieć grabarza. Właściwie cała ta instytucja urzędowych rabinów jest niepotrzebna. Została narzucona przez rząd rosyjskim Żydom, a ci traktują ją z całą powagą. Dowcip polega na tym, że urzędowy rabin jest mianowany przez rząd dla sprawowania władzy nad Żydami, ale sami Żydzi muszą dokonać jego wyboru. Takie „wybory” odbywają się w gminie. Są nakazane z góry. Władza wysyłała zarządzenie na piśmie, w którym podane było, że dnia takiego to a takiego Żydzi mają się zebrać tam a tam i dokonać wyboru rabina. No i zaczyna się pielgrzymka kandydatów. Każdy kandydat ma swoje „stronnictwo”, ma swój „oręż”, swoje środki, za pomocą których chce zdobyć głosy. Jeden posiada dobrą protekcję, drugi ma pieniądze, trzeci załatwia sprawę przez wódkę. Nikt nie zasypia gruszek w popiele. W mieście wrze i kotłuje się. Wszystkich opanowała gorączka. Na ulicy żydowskiej jest święto. Wybierają rabina. Idą wybory. Idą zakłady. Żyć, nie umierać! Czasami ciągnie się to przez kilka tygodni. Czasami przez kilka miesięcy. Aby wybory były uczciwe, przydzielono jakąś figurę urzędową. Ta miała czuwać nad przebiegiem głosowania, żeby nie było, broń Boże, kantów przy liczeniu głosów. Prawdziwa jednak heca zaczęła się dopiero po wyborach. W związku z tym, że gubernator miał zatwierdzić wybór, zaczęły przychodzić do urzędu gubernialnego różne donosy i żądania unieważnienia wyborów. Autorami ich byli oczywiście odrzuceni kandydaci. Jeśli wybory zostały unieważnione, to cała zabawa zaczynała się od nowa. Nowi kandydaci, nowe stronnictwa, nowe wybory, nowe donosy i nowe unieważnienia.

Wśród osób, które wystawiły swoje kandydatury do wyborów, był również poprzedni rabin. Jeśli pamiętacie, był nim Szymon, syn mełameda Rudermana. To on właśnie omal nie wychrzcił się ongiś w Perejasławiu. Żydzi go wówczas uratowali i skierowali do szkoły rabinackiej w Żytomierzu. Ten oto rabin widać nie bardzo cieszył się względami w mieście. Ludzie czekali na wybory jak na Mesjasza. Lubeńscy Żydzi nie znają się na polityce, nie mędrkują. Jeśli spodoba im się człowiek, to mówią bez ogródek: — Spodobałeś nam się. — Jeśli zaś nie przypadł im do gustu, to mówią mu: — Idź z Bogiem, nam się nie podobasz. — Rabinowi Rudermanowi już dawno temu powiedzieli, i to bez owijania rzeczy w bawełnę, że może sobie poszukać innego miasta. I aby mu udowodnić, że to nie przelewki, odnajęli jego stałe miejsce w bóżnicy jakiemuś bogatemu obywatelowi. Gdy rabin zjawił się w sobotę w bóżnicy, nie miał już gdzie usiąść i stał podczas nabożeństwa. Następnej soboty przybył już w asyście policji i siłą odebrał swoje miejsce przy wschodniej ścianie. Można sobie wyobrazić, jaki to wywołało efekt i jakie mu to zyskało uznanie. Sprawa stała się głośna, albowiem została opisana w „Hamelicu”. Redaktor Cederbojm dodał własne uwagi redakcyjne, które zajęły trzy razy więcej miejsca aniżeli sama korespondencja, mimo iż zostały wydrukowane petitem. Cederbojm rozprawił się zarówno z rabinem, jak i mieszkańcami miasta za to, że dopuścili do profanacji świętego przybytku, pozwalając policji na interwencję w bóżnicy. Zakończył artykuł pouczeniem zaczerpniętym z megiły256, że tak się nie postępuje, bo to wstyd i hańba. Błogosławionej pamięci Cederbojm był w tych sprawach mistrzem.

Mimo to Ruderman nie wycofał swojej kandydatury, a pozostali kandydaci, każdy opierając się na swoich stronnikach, uwijali się jak w ukropie. Walka przybrała na sile. Prawie tuż przed wyborami spadł jak z nieba nasz bohater i stanął w szranki. Miał list polecający od stryja Pinie do swego powinowatego, reb Nachuma Kahanego, jednego z najszanowniejszych notabli Lubenia. Był to człowiek sędziwy, o wysokiej pozycji społecznej, bogaty. Taki Żyd liczy się w bóżnicy. Kantor nie śmiał kontynuować modlitwy, dopóki reb Nachum nie ukończył Osiemnastu Błogosławieństw. Mogło to trwać w nieskończoność. Zdarzało się, gdy reb Nachum miał spóźnić się do bóżnicy (a powtarzało się to niemal co sobotę), że wysyłał umyślnego z zawiadomieniem, żeby na niego nie czekano. Ludzie jednak zgromadzeni w bóżnicy wiedzieli, co to jest szacunek, i myśleli, że w rzeczywistości reb Nachum pragnie, aby zaczekano na niego z modłami. Jednym słowem, reb Nachum był przedmiotem chluby i dumy miasta. O takim człowieku można powiedzieć, że jednoczy w sobie wiedzę i wielkość.

Nasz młody kandydat na rabina zastał go pochylonego nad Miszną. Przeczytawszy list od stryja Pinie, stary Kahane przetarł okulary i zmierzył wzrokiem młodzieńca od stóp do głowy. Wyglądało na to, że młodzieniec w krótkim paletku nie bardzo przypadł do gustu temu szacownemu Żydowi. Dobre imię i zasługi stryja Pinie przesądziły widocznie sprawę, bo starzec poprosił Szolema, by usiadł. Wdał się w rozmowę z młodym gościem i stwierdził, że nie jest on w ciemię bity, posiada głęboką wiedzę w dziedzinie judaistyki i potrafi właściwie wtrącić słowa hebrajskie. Stary uśmiechnął się i polecił podać coś do jedzenia. Wniesiono tacę. Na tacy leżało jedno jedyne, samotne niczym sierotka ciastko. W ciastku tkwił rodzynek.

— Proszę odmówić błogosławieństwo i posilić się. — Stary zaprasza go do jedzenia i wypytuje młodego kandydata na rabina o Perejasław, w którym przebywał lat temu sześćdziesiąt. Wtedy to było miasto żydowskie, a jak wygląda dzisiaj?

— Dobrze wygląda, nawet bardzo dobrze — odpowiada gość i wymawia się od poczęstunku. Może nie tyle ze względu na modlitwę poprzedzającą posiłek, ile z powodu modlitwy odmawianej po jedzeniu. Nigdy jej nie znał na pamięć. Na pożegnanie reb Kahane pobłogosławił go i życzył mu sukcesu. Z pewnością, powiedział, z woli bożej uda mu się osiągnąć powodzenie, albowiem jego błogosławieństwo zawsze się spełnia. Przecież jest kohenem257.

Tego samego dnia rozeszła się po mieście wieść, że przybył nowy kandydat na rabina. Wieść głosiła, że jest to bardzo młody człowiek o wielu zaletach. Po pierwsze pochodzi z dobrego domu. Krewniak samego reb Nachuma Kahanego. Ponadto świetny znawca Tanachu, znakomity kaligraf i biegły w Talmudzie. A że wyobraźnia ludzka ma tendencję do wyolbrzymiania rzeczywistości, zaczęto powoli dodawać różne inne walory. Ma podobno świadectwo uprawniające do zajęcia stanowiska rabina. Umie rozstrzygać kwestie rytualne, zaś dotychczasowego rabina — i wraz z nim także trzech innych rabinów — potrafi zapędzić w kozi róg. Słowem, wymarzony kandydat. Ptak z ptasiego królestwa. Gdy pojawił się na ulicy, ludzie natychmiast zwracali na niego uwagę. Pokazywali go sobie nawzajem. Słyszał, jak za jego plecami mówiono:

— To ten?

— Kto?