Było w tym trochę żartu i trochę prawdy. Dwaj „buntownicy”, Sichulski i Frycz, pozostali mimo to ulubieńcami mistrza i buńczucznie weszli w życie. Ale naprawdę osamotnionym z tych, którzy malowali „ludzkie figury”, był Witold Wojtkiewicz. I nie tylko malował „figury”, ale jakieś symbole, alegorie, bajki, co mocą zastarzałego przywileju dozwolone było Jackowi Malczewskiemu, ale tylko jemu! Nie wiedziano doprawdy, co myśleć o tych obrazach. Wiał z nich jakiś perwersyjny sentyment, liryzm pomieszany z groteską. Technika malarska zupełnie odrębna, bezceremonialne traktowanie rysunku, nie było to podobne absolutnie do niczego. Wojtkiewicz niepokoił, zaciekawiał, ale urzędowej konsekracji nie posiadał. Traktowano go z odcieniem pobłażliwości. Na nim to najbardziej ciążył groźny wówczas zarzut „literatury”; z czasem zrozumiano, że ta literatura była po prostu najszczerszą poezją. Wojtkiewicz był wielkim poetą, który wypowiadał się środkami doskonale malarskimi.

Młody artysta odczuwał to. Dotknięty nieuleczalną chorobą, zgadując może instynktem, że nie stanie mu czasu na powolne zdobywanie sobie miejsca, bardzo inteligentny przy tym i świadomy swego artystycznego ideału, czuł się boleśnie osamotniony; stał się drażliwy, gorzki. To uczucie osamotnienia zaledwie łagodziła mu wiara garstki kolegów i bliskich przyjaciół.

Otóż w r. 1907 czwórka młodych malarzy (Gotlieb, Jakimowicz, Wojtkiewicz i Hoffman) zdobyła salkę dla urządzenia wystawy w Berlinie. Na tej wystawie znalazł się przypadkowo bawiący tam przejazdem André Gide. Wrażenie, jakie uczyniły na nim płótna nieznanego mu zupełnie polskiego malarza, musiało być niezwykłe, skoro zakupił natychmiast parę jego obrazów, wysłał do Krakowa do Wojtkiewicza entuzjastyczny list, zaprosił go do Paryża, gdzie mu urządził wystawę, i napisał do katalogu tej wystawy słowo wstępne. To są rzeczy zdarzające się dość rzadko, aby je warto było zanotować lub przypomnieć.

Ale dajmy głos francuskiemu pisarzowi:

Nie taję, iż jest to odwagą ze strony literata przedstawić publiczności nowego malarza, którego malarze jeszcze nie znają. Mimo to przyjmuję z radością ten obowiązek, nałożony mi poniekąd przez szczęśliwy traf, który postawił na mojej drodze obrazy Witolda Wojtkiewicza. Ujrzałem je tej zimy w Berlinie: podróżowałem z Mauricem Denis, i błogosławiłem los, że miałem za towarzysza podróży tego przyjaciela o tak otwartej i bystrej inteligencji artystycznej: dzięki temu jego wzruszenie, rywalizując z moim, pozwoliło mi umocnić się w odniesionym wrażeniu.

Obchodząc galerie, zajrzeliśmy do ustronnej sali, gdzie raczej ukryto niż pokazano wystawę malarzy polskich. Wyznaję mą nieświadomość co do tego, co nie wiem, czy można nazwać „szkolą polską”. Wiem, oczywiście, że niemożliwe jest, aby artysta taki jak Wojtkiewicz mógł powstać sam z siebie (zostawiam innym trud wyszukania jego poprzedników), ale ta wystawa pozwoliła przypuszczać, że u siebie w kraju musi on być dosyć odosobniony. To się rzucało w oczy.

Wystawa ta skupiła dzieła może niepozbawione wartości, ale niedające nic tak dalece nowego; rzeczy, wobec których — ot, śpieszący się podróżni — mieliśmy przejść mimo, kiedy zatrzymała nas zdumiewająca wymowa kilku płócien. Rozświecały one ciemną nieco salę, nie jaskrawością barw — w oczach bowiem profana mogłyby się wydać szare — ale dziwną harmonią tonu, bolesną fantazją rysunku, patetyczną i pełną wzruszenia grą kolorów.

Z pewnością czuje się — a w miarę jak talent jego będzie tężał, będzie się czuło jeszcze bardziej — jak głęboko Wojtkiewicz tkwi w swoim kraju, w swojej niezmożonej rasie, której dusza, dumna zarazem i smętna, namiętna i rozdarta — ale nigdy niema, — znajduje w nim nowy wyraz, zdobyty wprzód w muzyce i w poezji. Ale mimo całej odrębności — powiedziałbym: egzotyczności jego sztuki — niepokojącej i osobliwej mieszaniny naturalizmu, impresjonizmu i groteski — jest Wojtkiewicz spowinowacony z naszą młodą szkołą francuską, tak iż pośród takich artystów jak Daumier, Degas, Toulouse Lautrec, Bonnard, znajdzie się jak między swymi. Powiadam, że jest spowinowacony, a nie że od nich jest zależny, bo dotąd Wojtkiewicz mieszkał kolejno w Krakowie i w Warszawie, nigdy nie opuściwszy Polski poza krótką podróżą do Rosji, i nie mógł widzieć — chyba w reprodukcji — żadnego z tych dzieł, które przytoczyłem.

Wojtkiewicz urodził się w Warszawie, w r. 1879. Oby Paryż, który tak wielkodusznie przygarnął wielkich wygnańców jego narodu, Mickiewicza, Chopina, zechciał uśmiechnąć się do tego przybysza.

Tak pisał André Gide w swoim wstępie do katalogu wystawy Wojtkiewicza.