Znaczenie tej paryskiej wystawy, która odniosła sukces, było w życiu Wojtkiewicza ogromne. Był to w jego karierze pierwszy uśmiech losu; dodało mu to wiary w siebie, śmiałości; pobyt w Paryżu — mimo iż krótki, ledwie paromiesięczny — rozszerzył jego horyzonty, dodał jego nowym płótnom słońca i koloru. Zarazem w kraju, po tym berlińskim epizodzie, który w ówczesnym Krakowie był czymś dość fantastycznym, innymi oczami zaczęto patrzeć na młodego artystę. Obrazy, które jeszcze namalował, rozchwytano, nauczono się na nie patrzeć; dwie wystawy, które potem urządził, zyskały ogromne powodzenie. Talent jego rozkwitł nowym blaskiem, mimo że Wojtkiewicz ani na trochę nie zmienił drogi, którą szedł od początku. Ale były to ostatnie błyski; ciężka wada serca powaliła go niebawem, po długiej chorobie zmarł w czerwcu r. 1909, licząc niespełna lat 30.
Ta sama odrębna indywidualność, która bije z jego obrazów, zaznaczała się i w osobie Wojtkiewicza. W dobie rozwichrzonej cyganerii i jej sławnych „peleryn”, on reprezentował wytworny dandyzm: staranny w stroju tak, że koledzy żartowali zeń sobie, iż nosi w kieszeni ściereczkę do butów, tak dalece nie znosił na nich najmniejszego pyłku. Te same cechy miał umysłowo. Dowcipny, wykształcony, ironiczny, nieprzystępny, krył pod tymi pozorami naturę głęboko i boleśnie wrażliwą, uczuciową, przepojoną smutkiem. Był to smutek chorego dziecka, smutek poety niepogodzonego z życiem, czującego się zresztą przelotnym gościem na ziemi.
Sądzę, że interesujące będą dla czytelników wyjątki z jego listów, pisanych z Paryża do p. Elizy Pareńskiej, z której całym domem był serdecznie zaprzyjaźniony:
Paryż 27 kwietnia 1907
Łaskawa i dobra Pani! Wczoraj rano odebrałem w ogóle pierwsze wieści z kraju, otrzymałem list z domu rodzicielskiego, a z nim drugi Pani, z przybranej krakowskiej ojczyzny.
Wyobrażam sobie, jak mnie brak w Krakowie, jak mnie brak szczególniej w domu Państwa! Zjawiałem się, omal że nieproszony, dniami i nocami byłem co dzień i co tydzień, bywałem w wilię święta, jak i święta również nie opuszczałem, mało tego, pojękiwałem jak jedynak psuty przez ciotki, skarżyłem się jak piękna histeryczka, obnaszałem się ze sobą jak paw, przykry dla niejednych, nieciekawy dla drugich, ponury dla trzecich, niewidziany przez wybranych...
Po wyjeździe takiego pana można odetchnąć, nawet oddychać tak szeroko, by móc powiedzieć: co za sympatyczny chłopiec, jaka szkoda, że go nie ma.
Jest się miłym, lecz milszym łącznie z nieobecnością.
Pani zaś w swoim czasie przeceniła mnie i dzisiaj z wrodzonej dobroci i grzeczności ponosi konsekwencję.
Do tej pory osamotniam się trochę rozmyślnie: mam (znowu!) zapalenie prawdopodobnie gardła i zakatarzony jestem ciągle, dokucza mi to razem bardzo: nie wiem, jak sobie na to radzić, czy chodzić dużo i w futrach, lub bardzo mało i letnio, w ogóle roku, który by mię tak przeziębił i trzymał w swoich lodowatych łapkach jak ten, nie pamiętam.