PS
W Berlinie sprawę sprowadzenia moich malunków do Paryża obgadałem, wobec tego w Düsseldorfie się nie zatrzymywałem. Tutaj protektor mój na Francję André Gide poradził mi wystawić prywatnie u niejakiego Drueta, gdzie pono wystawiają najoryginalniejsi, a tym samym najniemożliwsi. Ciekaw jestem, czy to do skutku dojdzie: mam wystawić 13 maja, nie wiem, czy obrazy bez kłopotu dojdą na czas, przedwstępne historie załatwiłem.
Paryż, piątek, 10 maja 1907
Powracam do siebie, zdrów jestem obecnie zupełnie, pięknej cery, zręcznego chodu, wyniosłego spojrzenia i cichej wzgardy dla siebie, iż ciągle martwić siebie i drugich sobą nie mogę. Wiosna w całym rozkwicie dopiero pokazała mi Paryż cudownym: godzinami siedzę w ogrodzie Luksemburskim i zachłannie patrzę w życie miliona istot, rozkwit kwiatów, cuda natury, lichość natury i inność natury. Dochodzę do wniosku, iż jestem więcej malarzem, niżeli przypuszczałem: lepiej widzę wszystko, gdy sobie myślę wnet, jak by to pomalować, pokrzywić i znamieniem swego kapryśnego talentu ozdobić.
Widzę masy dzieci, które bawią się jak nigdzie na świecie chyba, szczególniej dziewczynki: zręczne kobietki, prawie aż zmęczone życiem w wieku lat 10, 12, rzucają wejrzenia na dorosłych mężczyzn na przemian z piłką i odchodzą bez żalu i obawy, iż niejeden św. Antoni do łez wzruszony ich przedwczesną dojrzałością. Pełno teatrzyków, karuzeli, klombów kwiatowych, mamek pokracznych, dzieci upozowanych wprost do malowania mojego, tak iż ciągle się człek niecierpliwi, iż nie jest maszyną do malowania, wieszania i sprzedawania.
Wierzę, iż odżyć można tutaj, tym bardziej gdy podpada wszystko, co widzę, pod mój kąt patrzenia „mizerny, ale uparty”. Radzą mi zostać Francuzem, wyrzec się ojczyzny, „uznania w kraju” i brać pełną ręką bogactwo przybranej ojczyzny na wieki lub... chwilę. Panuje dzisiaj w malarstwie francuskim, z nadmiaru kultury, dzieł wysokiej wartości i nadprodukcji sztuki prawdziwej, pogoń za sensacją zgnilizny, pseudopozą, przeszarżowaniem, słowem, za czymś, z czego nigdy nic wykluć się doskonałego nie może.
Wpadłem w ręce paru sterników zła przygodnego i sztuki przyszłości bez cienia teraźniejszości.
Mój wierny i na gruncie paryskim André Gide pisze podobno mi préface, wzmiankę tak pewną siebie o mojej niezachwianej wartości i nowatorskich dążeniach, iż po powrocie do kraju powiesić płód wyobraźni w Muzeum Narodowym będzie dla mnie banalną przygodą dnia.
(...) o ile dojdzie do skutku [projektowana wystawa 16 maja], to prześlę ten reklamowy katalog; to będzie najlepiej; cóż ja napisać dobrego mogę o sobie: owszem, cenię się bardzo, bo cenić się trzeba z konieczności życia, i zbieram „sławę” przygodną i pochlebstwa jak nędzarz z dziurawą kieszenią obficie zasilany jałmużną po drodze krwawej i żmudnej swej wędrówki. Tak, efektownie i pokornie...
Chciałbym nareszcie wyrwać się z zamętu, dostać się choćby niesłusznie na czoło i móc moim bojownikom na tejże niwie co i ja pokazać, iż dojść do wrót sztuki i nie być odegnanym, przeciwnie, jak dzisiaj być wysłuchanym (i niezrozumianym) przez wybrańców i w poczet ich przyjętym, jest niczym wobec...