Melancholia gotowa mi podszepnąć znowu swoje uparte: „martw się dotąd, dopóki smutek nie zeżre serca i łzy nie zatopią nikłego ciała”...
Tak, chciałoby się sławy dla możności odrzucenia jej; chciałoby się złota dla jak najpodlejszego użycia i chciałoby się wytrwania dla pokazania życiu, jak niewarte tego.
Dużo patosu, ale to z wiosną przychodzi, wybaczy mi więc Pani te okrzyki bez głosu i rwanie się bez ruchu: wybaczy mi Pani, jak dziecku wybacza się zepsucie choćby najkosztowniejszej zabawki.
Obecnie rozmalowałem się jak ordynarny malarz i kradnę Paryż jak... szczęście.
Paryż, 21 maja 1907
Łaskawa i dobra Pani!
Jako cichy zwolennik szumnej reklamy i przesadnych wieści o sobie doczekałem się wreszcie w małym zakresie tu 3-dniowej sławy i drukowanych mile o sobie i dla siebie słów i słówek jak również słóweczek.
Dotrzymuję mile przyrzeczenia i te patetyczne słowa posyłam Pani, by dołączyć do słów „grzecznych” Pani o mnie — i w połączeniu wywołać dopiero niesmak przesady i hałasu.
Zareklamował mnie André Gide jako we zwyczaju we Francji: na „Polskę” krakowską zdaje mi się, iż zaszkodził mi srodze. Jestem jednakże teraz dopiero w swoim żywiole: przesada okrutna — to moja kochanka duchowa, umazana jaskrawymi przesadnymi kolorami, umądrzona moim stylem mętnie kwiecistym i perfumowana łzami złości melancholika-egoisty.