Do cichego Krakowa ślę me imię drukowane rudą barwą (słusznie fałszywą), by dodać i fałszywego splendoru tej Polsce, którą stać na „wszystko”.
Jestem również kontent, iż nie zawiodłem (na tydzień lub dwa) nadziei łaskawej Pani o mnie i godnie (nie przykładając do tego ręki) zareklamowałem sztuczkę polską o cudzoziemskim smaczku we Francji. Vive la Pologne!
Na tym okrzyku kończę śpiew łabędzi.
Mnie czasami tłucze nostalgia za krajem, trochę za bardzo, zważywszy wiek: mam naturę widocznie mazgajowatą, i to mi ciągle naprowadza przeżyte chwile i chwile przyzwyczajenia. Na nowe patrzę zawsze jak Judasz ze złością, podejrzeniem, i przyjmuję niechętnie.
Czasami chciałoby się być chociażby chłopkiem na roli, nie mieć męki i zgryzot, do tego jeszcze imaginacją powiększonych.
Dzisiaj, mam wrażenie, iż się to jeszcze piętrzyć będzie, męczyć będę siebie ciągle bez ustanku i drugich, o ile ze mną stykać się będą. Źle, źle, o źle... Kiedy mi będzie dobrze? Wtedy, kiedy już nie będę mógł odróżnić dobrego od złego może?
Paryż, 31 maja 1907
Łaskawa i dobra Pani! bardzo mię zmartwił ostatni list Pani, w którym pokłada Pani we mnie nadzieje i rada by dla mego dobra widzieć mię przez parę lat nie w kraju.
Po tym wstępie powiedziała sobie Pani zapewne: typowy Wojtkiewicz.