Tak więc polski przekład w samym założeniu skierował ostrze satyry w tym duchu, w jakim wyzyskano ją później.

Plotki starego lirnika

Dziwnymi drogami idą losy człowieka! Przez dziesięć lat życia grałem w karty, potem byłem lekarzem, potem błaznem, potem mędrcem, wśród tego zabrnąłem w literaturę francuską i tkwiłem w niej przydługo, aż naraz, w wilię oddania pod prasę setnego tomu „Francuzów”, ogarnęła mnie niespodzianie taka nostalgia ziemi rodzinnej, taka ciekawość rzeczy i spraw polskich, że całkowicie mnie wykoleiła. Codziennie chodzę na ulicę Świętokrzyską i wracam objuczony starymi pamiętnikami, listami, chodzę do bibliotek publicznych, szukam towarzystwa starych ludzi, pamiętających co najmniej przejście Berezyny143 lub odwrót spod Deotymy...

Jakież to miłe zajęcie, szperanie po zżółkłych szpargałach. Nie znam bardziej filozoficznej zabawy niż to poufne zetknięcie się z przeszłością, nie zanadto dawną, z tą, którą jeszcze można nastrzykać fluidem pośrednich wspomnień. Cienie nabierają życia, twarze koloru, dekoracje perspektywy, umarli uśmiechają się przyjaźnie.

Teofil Lenartowicz144, słodki „lirnik mazowiecki’’. Któż się dziś o niego troszczy! Wydobyto zeń ekstrakt w formie garści ślicznych wierszy, reszta spoczęła w „grobie zasłużonych” na Skałce w Krakowie, uroczyście obkadzona na pogrzebie, który jeszcze pamiętam z dzieciństwa.

I oto, dzięki uprzejmości p. Muszkowskiego, bibliotekarza Biblioteki Krasińskich, przyssałem się do nieoszacowanych „odpisów Biegeleisena145”, obejmujących, między innymi, niewydaną korespondencję Lenartowicza, przeważnie skierowaną do wieloletniej przyjaciółki, pani Teodory z Narbuttów Moszczuńskiej. Na jej łono wylewa przedwcześnie zestarzały poeta swoje żale, swoje biedy i swoje złe humory.

A miał do nich powody. Przede wszystkim zdrowie: choruje na kamień. My, ludzie wykształceni, wiemy od samego Montaigne’a, że to paskudna choroba. Potem bieda: wiersze nie żywią; poeta, mający niejeden talent w zapasie, bierze się do złotnictwa, do rzeźby, do medalierstwa. Ale i z tego niewielka pociecha:

Od niejakiego czasu mam wstręt do poetów; odkąd zostałem kamieniarzem, zdunem, mam się za coś lepszego, chociaż, pomiędzy nami mówiąc, praktycznie tak się to ma, że poezja przynosi ze sobą biedę, a rzeźba...nędzę...

Rodacy mało zamawiają, źle płacą; kłopoty ciągłe: „Pieniędzy krzyczę, wołam, i wyobraź sobie, nie ukazują się; wszystkie zaklęcia wypotrzebowałem”...

Oto, niestety, zbyt częsty refren poetów.