Siedzi biedak we Florencji, przedwcześnie zgrzybiały, jak sam pisze o sobie „stary, łysy, kulawy, ślepy, bez zębów, siwy, skurczony w cztery pałąki Teofil”. Siedzi z dala od ludzi, z którymi coraz mniej się rozumie i którzy go drażnią nawet w swoich pochwałach. Na to, co pisze, nie może znaleźć wydawcy, a tu ludzie wciąż

przychodzą i oglądają autora Lirenki, który to tytuł tak mi obrzydł, że kiedy mi o tych wierszykach młodocianych wspomną, to jest jakby szyby kot pazurami drapał.

Siedzi z dala od kraju, a te wieści, które go dochodzą, drażnią go i oburzają. Bo w kraju zaszło wielkie przeobrażenie. Nowi ludzie, nowe hasła. Skończyła się doba romantyzmu. Przeszedł straszny rok 1863. Naród szuka zbawienia w trzeźwości, w rachunku swoich błędów, w pozytywności. On, emigrant, daleki od realnego życia, nic a nic z tego wszystkiego nie rozumie. Po przesyceniu poezją nastąpiła reakcja. Utrzymały się wielkie „firmy” przeszłości, zbankrutowały — często niesłusznie — mniejsze. Wścieka starego to zamknięcie listy na uświęconych „trzech wieszczach”:

Jako rzeźbiarz skazany na głodną śmierć, jako poeta odsądzony od prawa do natchnienia, ponieważ kawalerowie dardańscy i panny Kozieradzkie sroki uradzili: że Słowacki, Mickiewicz, Krasiński, Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, Krasiński, Słowacki, Mickiewicz. O, więc już kwiaty rosnąć nie powinny, ponieważ jedne zima ścięła (głupie kozy!).

Niby to odżegnywa się sam od poezji, ale na wiadomość, że młodzież stroni od niej, oto jak wybucha:

Powiadasz, że młodzież wierszy nie lubi, ani żadnej poezji; więc to nie jest młodzież, tylko psiaki, moskiewski podarunek i koniec!

Niemniej jednak irytują go wieści dochodzące o nowych bogach:

Kiedy ten zalecany przez Kraszewskiego El-y, Asnyk, podłe rymy kropi, a fakunda aż strach!

Poezji nie przypominaj mi, bo mi się źle robi, jak pomyślę, co się dziś podoba w kraju i czemu dają miano poezji. Ot, zgłupiał kraj, zwariował i spodlał; czyli raczej jego tak zwana inteligencja.

I krytyka „dzisiejsza” — Boże zmiłuj się! — irytuje starego lirnika. Znany był epizod, o którym w dzieciństwie jeszcze słyszałem z tradycji, jak nowo mianowany młody profesor Stanisław Tarnowski, w czasie wykładu o Polu, krygując się wedle zwyczaju, ujął niedbale książkę i wycedził: „Jarem, jarem — za towarem — manowcami za wołami — i to ma być poezja polska!”, co mówiąc, puścił lekceważąco książkę na ziemię.