...Wówczas, aby pokonać nudę i opłukać się z hipokryzji, Lamiel musiała szukać aż miłości bandyty; dziś chodziłaby może na uniwersytet, pracowałaby w laboratoriach, latała aeroplanem...
Bo, paniusiu złota, o to właśnie chodzi: Lamiel, to jest typ dzisiejszej młodej dziewczyny, genialnie przeczutej przez Stendhala, a pomieszczonej w warunkach życia z roku 1830 i wypaczonej przez te warunki. Tak, tak, paniusiu; taki jest podział pracy: jedni walczą o nowe życie i tworzą je, a drudzy, siedząc na cudzym trudem wzniesionym Kapitolu, gęgają bez przerwy wobec każdej myśli: „Protestujemy!”.
Niech mi paniusia wierzy, że nie zajmowałbym się paniusią ani paniusinym protestem, ale jest on zbyt symptomatyczny. Stwierdza on przede wszystkim to, na co zwracam uwagę od dłuższego czasu, mianowicie jak forsownie starają się pewne sfery cofnąć nas wstecz w cywilizacji, powiedzmy po prostu: ogłupić nas. Zdawałoby się, że są już pewne rzeczy ustalone. Tak na przykład, z dawien dawna, chlubiliśmy się tym, że Polak Kazimierz Stryjeński, pierwszy wydawca Lamiel i wielu tekstów Stendhala, był tym, który na nowo pokazał Francji tego pisarza, że był pierwszym prezesem „klubu stendhalistów”, etc. Pięćdziesiąt lat temu ukazały się u nas pierwsze przekłady Stendhala, które pochłaniał w ekstazie młody Żeromski. I naraz paniusia nie pozwala wydawać Stendhala po polsku, paniusia protestuje! A paniusia to nie byle kto! Paniusia to potęga. Protesty paniusi towarzyszą zwłaszcza od dłuższego czasu mojej skromnej pracy na wszystkich polach. Bo paniusia jest dziś wszędzie. Czasem, dla niepoznaki, przebierze się w togę profesora uniwersytetu; czasem oblecze się w patetyczne spodnie „czołowego” publicysty...
„Protestujemy!”, wciąż słyszę to słowo. Jest to już tak nudne i głupie, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy ziewać.
Oto więc są akta sprawy między mną a paniusią. A gdyby tak kto, zainteresowawszy się tym sporem, przeczytał samą Lamiel? Byłby to najpozytywniejszy rezultat paniusinego protestu. W takim razie, niech żyją protesty!
1930
Technika pracy
Mój Boże, jak ten czas leci! Zdaje mi się, że to wczoraj, a to już rok okrągły, jak siedziałem z głową utopioną w rękach i dumałem głęboko i beznadziejnie, o czym by napisać „felieton na święta”. Bo, wedle obyczajów każdej szanującej się redakcji, musi być felieton na święta. Zdawałoby się: pisz o tym, co cię obchodzi. Właśnie! „Felieton na święta” musi mieć zupełnie odrębny charakter: musi być właściwie o niczym, bo każda kwestia nie nadaje się na święta; albo jest za smutna, albo za płocha, albo nieprzyzwoita, albo... czy ja wiem co, ale zawsze jest jakieś „albo”. No to pisz o niczym, powie ktoś: dla rasowego felietonisty nie ma nic łatwiejszego. Ba, właśnie kiedy ja nie mam w sobie nic z „rasowego felietonisty”: ciągle mi się chce pisać o czymś...
W ogóle zastanawiałem się nieraz, bodaj na swoim przykładzie, jak u nas nisko stoi technika pracy. Istna epoka krzemienna! Nie mówię już o tak rozpowszechnionym używaniu piór, gdy maszyna do pisania dosłownie potraja wydajność pisarza, podnosząc jego mleczność do wyżyn holenderskiej krowy; ale technika intelektualna. Pisze się to, co w danej chwili człowiekowi przyjdzie na myśl, i koniec. Wypisuje się wszystko, do dna, bez troski o jutro. A skąd ta pewność, że co dzień przyjdzie coś na myśl w odpowiedniej ilości, nie mówiąc o jakości? Czy pisarz nie powinien dbać o to, aby mieć zawsze pełny rezerwuar? Podobno tak czynią literaci w krajach o starszej kulturze. Nasi autorowie212 pracują wyłącznie talentem; stąd niebezpieczeństwo wyczerpania i stosunkowo wysoki procent przedwczesnych ramolów. Otóż, cywilizowany literat ma przy sobie notatnik, z którym się nigdy nie rozstaje. Tam sobie zapisuje wszystko, co mu przyjdzie w danej chwili do głowy, co usłyszy, co przeczyta — dowcip, anegdotę, myśl (lub coś podobnego do myśli), aforyzm, fakt, etc. O ileż takiemu łatwiej jest później napisać komedię lub felieton: nadziewa dialog dowcipem jak rodzynkami, w miarę, nie za mało, ale i nie za dużo, aby starczyło na potem; kiedy chce napisać felieton, sfastryguje kilka kawałków, i gotowe! A my! Ileż człowiekowi przepada myśli, które puszcza przed siebie bez troski jak dymek z papierosa. Koło ilu rzeczy przechodzi niedbale i zapomina je potem! Wciąż improwizuje się, zamiast pracować metodycznie.
Przy takiej dzikiej gospodarce duchowej, przerażający bywa zwłaszcza stan literata, który wróci z urlopu. To katastrofa! I jeszcze jeden dowód więcej, jak szablonowo ludzie urządzają sobie życie. Urlop — to jest pojęcie przeniesione z zajęć stałych, uregulowanych, niejako bezosobistych. Dyrektor banku jedzie na urlop, zastępuje go wicedyrektor, warsztat idzie dalej. Pan dyrektor wraca wypoczęty, zastaje kolumny cyfr uśmiechające się do niego przyjaźnie, siada do biurka, za dwie godziny jest w nich w domu. To samo komornik, stroiciel fortepianów, kat, cukiernik, etc. Inaczej literat. Warsztatem jest on sam: oderwać się od codziennej pracy, to tak, jakby w fabryce zagasić ów wielki komin, w którym się podsyca ogień nawet podczas strajku, bo wiadomo, co kosztuje rozpalenie go na nowo. Pod koniec sezonu jest pełen myśli, planów, w głowie mu się pali; przerywa wszystko, bo zwyczaj każe brać w lecie urlop; wraca, zastaje chłód, zgliszcza. W głowie pusto: wszystko, czym się przejmował, stało mu się, pod wrażeniem szumiących drzewek i gwiaździstego nieba — bo ten sam szablon każe spędzać urlop na łonie natury! — stało mu się obojętne. Na mnie na przykład działa przerażająco natura. Literatura polega na fikcji, że to, co człowiek robi, to są rzeczy ważne, które wszystkich obchodzą; widok zielonej żabki, której problematy literackie są kompletnie obojętne, wystarczy, aby zabić w człowieku wiarę w siebie. A może ta żabka ma rację — myślę sobie podświadomie — może wszystko jest w istocie tak głupie i niepotrzebne, jak to czytam w jej tajemniczych oczach.... Ach, jakiż to delikatny fach być pisarzem!