I oto jakże inne byłoby uczucie literata, gdyby, wracając, znalazł biurko doskonale zagospodarowane, szuflady pełne aktów213, materiałów do obrabiania, surowców. Zawsze wydawał mi się godny zazdrości los malarza, przez to, że jego sztuka ma stosunkowo tak znaczną domieszkę rzemiosła. Doszedłszy do pewnych zdobyczy techniki, malarz utrwala je niejako; może potem trzydzieści lat reprodukować samego siebie, ba, coraz doskonalej. Ładnie by literat wyglądał, gdyby tak zechciał! Cóż pomogło na schyłku samemu Sienkiewiczowi, że w Trylogii wzniósł się do szczytów? Otóż, przetłumaczyć Trylogię na sztukę jakiegoś Fałata czy Malczewskiego, a Sienkiewicz byłby mógł trzydzieści lat dumnie bić monetę ze swego mistrzostwa. Pisarz musi wciąż podawać swoje flaki na gorąco, i biada mu w dniu, w którym ostygną!

Chodziłoby tedy o to, aby w literaturę chytrze wprowadzić jak największą dawkę rzemiosła. Stworzyć sobie biuro, być w nim urzędnikiem i awansować!... to ideał. Do tego przede wszystkim powinno być archiwum, „dziennik podawczy”, do którego życie wnosiłoby co dzień swoje akty214. Uznaję tę zasadę, ale nigdy nie miałem cierpliwości wprowadzić jej w życie. Parę razy postanawiałem sobie założyć takie archiwum. Tyle się rzeczy widzi, słyszy, myśli co dzień! Kiedy czytam rozkosznego Szwejka, uświadamiam sobie, ile wspomnień zatraciłem na zawsze z czterech lat wojny austriackiej, w której sam byłem po trosze takim biednym Szwejkiem w mundurze oficerskim! A z samych dzienników, z tego, co się w nich spotyka co dzień, czy mało byłoby pociechy? Kiedy Karol Kraus215 założył przed ćwierć wiekiem swoją słynną „Fackel”, zaczął od tego, że wyławiał i oświetlał brednie, które napotykał, przeglądając inne gazety. Była to „ośla łąka” wiedeńskiej prasy. Przypomina mi się, że kiedy pracowałem w „Czasie” — epoka, którą zawsze najmilej wspominam! — lub raczej zanim w nim pracowałem a byłem tylko „przyjacielem pisma” i częstym gościem redakcji — delektowałem się księgą, którą założył tam ówczesny współpracownik „Czasu”, jeden z najdowcipniejszych ludzi i najbardziej lubieżnych smakoszów ludzkiego głupstwa, Witold Noskowski216. W księdze tej były naklejone „kawałki” uszczknięte na łamach pism. Jeden tom zawierał bąki znalezione w innych dziennikach, a drugi tom bąki, które się wkradły do... samego „Czasu”, i tymi się ta bardzo kulturalna i sceptyczna redakcja bawiła najserdeczniej. A czemu mi się przypomniała ta księga? Bo właśnie jedyny dokument, który znalazłem w moim niedoszłym archiwum, zawdzięczam „Czasowi”. Przed kilku laty, w roku 1922 czy 1923, z rozkoszą wyciąłem i wkleiłem do zeszytu następującą notatkę, znalezioną w kronice tego arcypoważnego i namaszczonego pisma. Przytaczam, nie zmieniając ani słowa:

Krytyczne położenie eunuchów. Jak donoszą z Konstantynopola, weszło w Turcji w życie z dn. 4 października nowe prawo o rozwodach. Odtąd sprawy rozwodowe podlegać będą kompetencji sądów świeckich. Poza tym małżonkowie zostali pod względem prawniczym zrównani, haremy zostały skasowane, poligamia zaś będzie w przyszłości karana pięcioletnim więzieniem. Tym samym eunuchowie zostali w zupełności pozbawieni pracy i chleba. Podobno zamierzają oni założyć wielkie stowarzyszenie celem obrony swoich interesów. Eunuchowie spodziewają się za pomocą tegoż związku wywalczyć swe prawa na międzynarodowym forum w Lidze Narodów.

Kiedym się bawił teraz na nowo tą „kroniczką”, mimo woli wspomniałem sobie mego kochanego Witolda i jego księgę. Czy też ma ktoś w „Czasie” tyle szacunku dla tradycji, aby prowadzić dalej jego dzieło? A sam Witold Noskowski, czy je kontynuuje na swojej nowej placówce? Chybaby mu przydzielono specjalnego introligatora, boby nie nastarczył z naklejaniem...

Tak więc ta notatka o Związku Eunuchów, to wszystko, co znalazłem dla poratowania mojej wyobraźni. Trochę chudo — zwłaszcza na święta! I czy to się w ogóle nadaje na święta? W inny dzień mniej uroczysty, można by ten temat rozwinąć, nawiązać do krytycznego położenia naszych eunuchów krajowych, zapuścić się nawet w domysły, kto by kandydował na prezesa, gdyby im przyszła ochota stworzyć związek zawodowy... Ale na święta to się stanowczo nie nadaje. Pokój ludziom dobrej woli!

Prawda, znalazłem jeszcze coś, tym razem w pugilaresie. Dostałem to jako autentyczny wyjątek z protokółu komornika. Urywek ten brzmi:

...przyszedłszy, nie zastałem dłużnika w domu. Wobec tego, zająłem dwa gipsowe mickiewicze217 i fotel. Przy bliższym obejrzeniu jeden z mickiewiczów okazał się być słowackim, fotel zaś okazał się być klozetem pokojowym, gdyż dłużnik wychodzi na dwór w pokoju. Zwróciłem mu fotel jako przedmiot codziennej potrzeby, a za tę czynność policzyłem 45 zł.

Spyta ktoś, skąd ja do tego przyszedłem? Było tak: Odczytał to raz u mnie w domu z karteczki młody student, przyjaciel mego syna. Powiadam do niego: dam ci za tę karteczkę piętnaście złotych, jeżeli mi zaręczysz, że jej nie umiesz na pamięć i że jej nigdy nie będziesz reprodukował. Trochę się chłopak certolił, ale ostatecznie wziął piętnaście złotych i oddał mi karteczkę. „Na co to panu? — spytał. — Na pasek218. Sprzedam może Jarosyemu219, może Walterowi; komornik jest aktualny, mogę zarobić”. I oto kiedy chciałem sprzedać, podano w wątpliwość ów dokument, zostałem z nim niby z fałszywym dolarem i tak samo jak właściciel fałszywego dolara nie tracę nadziei, że mi się go uda komuś wsunąć. Może tobie, czytelniku?

No i wytrząsłem całe moje archiwum, zostałem biedny jak mysz kościelna. Już mnie dreszcz przechodzi, co będzie na następne święta?

Ale pal licho! Wzięli diabli krowę, niech wezmą i cielę! Jeszcze coś wygarnę: tym razem historyczno-literackie. Ze słynnych Os, wydawanych przez Alfonsa Karr220 gdzieś około roku 1840, wynotowałem sobie kiedyś następującą historyjkę: