Pytano pewnego dziennikarza, czy w istocie myśli to, co napisał z okazji jakiejś sztuki teatralnej. Publiczność — odpowiedział — potrzebuje, aby jej dostarczać sądów; płacą mi więc pięćset franków na miesiąc, abym dawał sąd o nowych sztukach. Daję tedy, ale nie mój; mój by kosztował drożej.
No, teraz to już naprawdę koniec. I znów kłopot: na zwykły dzień byłoby dosyć, ale na święta może mało. Felieton na święta ma, obok innych niedogodności, to, że musi być duży. Szynki zamknięte, ludziska muszą żyć duchem. Spróbuję jeszcze ostatniego ratunku; zajrzę do mojej skrzynki listowej, tyle tam leży listów od czytelników, na które nie miałem czasu odpowiedzieć. A doprawdy czasem zdarzają się tacy, którzy piszą wcale do rzeczy. Ot, jak się wam wydaje taki list, który przyszedł od skromnego (jak sam o sobie pisze) człowieka z prowincji, p. Zielińskiego z Częstochowy:
Szanowny Panie! Niejednokrotnie już prasa zamieszczała i zamieszcza różne skandaliczne historie, które zdarzają się wśród tzw. elity towarzyskiej. Nigdy jednak nie udało się mi wyczytać nazwiska wplątanych osób, tylko zawsze mniej więcej tak: znany w X... radca Y, baronowa U, doktór J., etc. Natomiast zawsze podaje się dokładnie imię i nazwisko bohatera jakiegoś skandalu, o ile nim był taki sobie zwyczajny szary człowiek, jakich w Polsce jest 29 milionów. Mało tego — wyolbrzymia się niekiedy niewinne historie do rozmiarów zbrodni. Później kiedyś, drobnym druczkiem na ostatniej stronicy, zamieszcza się sprostowania, które nigdy nie zdołają sprostować wielkiej krzywdy, jaką się dokonało. A więc baronowa Y, która kradła futra, radca X złapany w tajnym domu schadzek na wyrafinowanej rozpuście, i wielu im podobnych, mają więcej wstydu i ambicji niż zmarznięty chłopiec, który kradnie węgiel z wagonu, niż, jak to miało miejsce ostatnio, dziewczyna która z trupów zdziera koszulki dla mającego się narodzić, a już z góry wyklętego bękarta?! Dlaczego prasa, która chętnie się mianuje rzecznikiem sprawiedliwości i demokracji, tak skrzętnie ukrywa brudy i błędy sfer uprzywilejowanych, a z drugiej strony z takim triumfem tłustym drukiem i łokciowymi literami krzyczy o błędach ludzi biednych? Albo odkryć oblicze wszystkim, albo nikomu!...
Piszę to do Szanownego Pana, znając go z...
Nie, dalej skromność nie pozwala mi przytoczyć. Ale myślę, że listem mego nieznanego przyjaciela, doprawdy nie pozbawionym zdrowego sensu, można zakończyć z chwałą ten świąteczny felieton. I przysięgam sobie, że natychmiast zacznę zbierać materiał na rok następny. Grunt to technika pracy.
Wybory a dzieci
Najmilszy stan, to być człowiekiem w sile wieku. Taki ma wszystko: ma przeszłość, ma ociupinkę teraźniejszości, ma jeszcze przyszłość, siedzi sobie okrakiem między wczoraj a jutrem, buja nogami i bawi się. Bo świat jest zabawny zwłaszcza w zestawieniach, w ciągłych zmianach perspektywy.
I tak na przykład, zaledwie pułkownik Sławek221 bąknął o rozpisaniu nowych wyborów, samo słowo „wybory” potrąciło we mnie jakieś wpół zapomniane obrazy. Najodleglejsze wspomnienia dzieciństwa: wybory w dawnym Krakowie. Cichy, cichutki Kraków. Zaczynało się dość poważnie: plakatowano pisma samego cesarza zaczynające się od sakramentalnych słów: „Kochany hrabio Taaffe222”... Ale potem! Naraz gwałt, wrzaski, wymyślania, hasła, wielkie słowa, masę pijanych ludzi po ulicach — i skończyło się, ktoś pojechał do Wiednia i znów cicho. A starzy ludzie kiwali głowami ze smutkiem: „wszystko (powiadali) ta demokracja, ta „Nowa Reforma”223. Dawniej był jeden dziennik — „Czas” — i była zgoda; zeszło się kilkunastu ludzi, uradziło, kto ma posłować, nie było tych gorszących kłótni. A całe to piwo warzy ten wariat Pawlikowski224: gdyby on nie dopłacał do „Reformy” dziesięciu tysięcy guldenów rocznie, musieliby ją zamknąć i byłaby jedność w narodzie”.
Takie to były czasy! Demokracja — to był na wskroś pański dom Mieczysławów Pawlikowskich: „lud” to byli dzisiejsi burżuje. Socjalistów jeszcze nie było. I była jeszcze „wielka własność”, gdzie kilku ludzi mianowało posła. Dużo się zmieniło, ale do tego jednego wróciliśmy: znów dziś kilku ludzi mianuje posłów.
Ale nie o tym chciałem mówić. Raczej o tym, czym były wybory dla nas, dzieciaków. Te dni, to były istne saturnalia, wielkie święto odwetu. Wyobraźcie sobie malca, któremu dorośli suszą głowę, że nie trzeba kłamać, że trzeba szanować starszych, że nie trzeba się złościć. I naraz, ci poważni, ci dorośli, często znajomi rodziców, przez kilka dni wymyślają sobie jak opętani afiszami, nalepkami, na wszystkich rogach ulic, zarzucają sobie nawzajem kłamstwa, przekupstwa, wszystkie zbrodnie i występki. No a dopiero w gazetach co można wyczytać o każdym z nich!... Śliczne rzeczy. Bo w owych czasach technika wyborów (a tym samym wymyślania) była inna niż dziś. Celowało się nie w bezduszne „numery”, ale w żywe osoby. To było o wiele soczystsze i zabawniejsze. „Precz z korupcjonistą! Precz z warchołem!” — Złodziej grosza publicznego, pasożyt, to jeszcze najniewinniejsze. A my, bębny, pławiliśmy się w rozkoszy.