Poza tym uświadomienie polityczne w mojej klasie było słabe. Gardziło się „szwarcgelbami225”, jak nasz dyrektor Stawarski, życzący co rok maturzystom w swojej przemowie, aby wyszli na pożytek „cesarzowi, Bogu i ojczyźnie”. Słowo „stańczyk” też było źle widziane. Raz, pamiętam, starsi uczniowie zmobilizowali nas na „kocią muzykę” pod oknami Pawła Popiela226, ale czemu, o co, nie bardzo się wiedziało. Kocia muzyka jest sama w sobie rzeczą tak przyjemną, że nie wymaga ścisłego umotywowania. Jedyny polityk w klasie, to był Staś Kasznica227. To był męczennik swoich przekonań; przez jakiś czas co dzień był bity, bo kiedy mu któryś z klasy rzucił: „stańczyk”, stawał z płomiennymi oczami i wołał: „Tak, jestem stańczyk i szczycę się tym, że jestem stańczykiem”. I, mimo że wątły, walczył z nerwową siłą przeciwko gradowi spadających nań kułaków. Istne sceny z rewolucji francuskiej! Nieraz Kasznica — mieliśmy wówczas lat ze trzynaście — starał się wprowadzić mnie w arkana polityki. Rozróżniał dwojakich stańczyków: prawdziwych jak Stanisław Tarnowski228, i fałszywych, zgubnych, jak Michał Bobrzyński229. Byliśmy w wielkiej przyjaźni, ale nigdy nie mógł sprawić, abym słuchał tych subtelności serio: toteż on jest dziś senatorem, a ja błaznem.

Ale Kasznica był wyjątkiem; ówczesna dzieciarnia była w polityce jak tabaka w rogu. Wybory były przede wszystkim uciechą. Idąc do szkoły, widziało się na murze afisze bezczeszczące jakiegoś kandydata; wiedzieliśmy, że nim wyjdziemy z klasy, już afisze będą zdarte, a miejsce ich zajmie odpowiedź, w której przeciwnik nie pozostanie mu dłużny. Bawiła nas niewyczerpana inwencja formy przy monotonii treści. No i szybkość! Dla chłopców, dla których technika druku była czymś tajemniczym, chyżość tej afiszowej dyskusji na murach była fantastyczna.

Były i inne sposoby, imponujące wówczas w Krakowie swoim amerykanizmem; nie tylko rozlepiano afisze, ale obnoszono je na kijach! Kiedy raz kandydował ośmieszony hr. Zyzio (Cieszkowski)230, paru pijanych drabów obnosiło plakat z napisem, który zapamiętałem, nie wiem czemu, do dziś: „Zostawmy hrabiów salonom, my ludzie pracy wybierajmy Tadeusza Romanowicza231”. Co na to odpowiedział hr. Zyzio, nie pamiętam. Pewnie coś o tradycji i o wierze ojców. Wkrótce potem musiał zmykać do Ameryki.

Były zebrania wyborcze, na których namiętności wrzały. Trząsł się Kraków po mowie Asnyka, w której „czerwonemu” poecie wymknął się zwrot o „zezwierzęceniu arystokracji”. Ponieważ Asnyk był parę razy na herbacie u Tarnowskich na „Szlaku”232, uznano jego znalezienie się za czarną niewdzięczność. Inny kandydat, „dobrze myślący” Tomkowicz233, miał dość zabawną przygodę. Był to człowiek bywający w świece, anegdociarz, dowcipny, ale dowcipem można powiedzieć „kameralnym”, jaki wówczas, w epoce Kazimierza Morawskiego234, księdza Pawlickiego235, stał w Krakowie bardzo wysoko. Otóż, Tomkowicz, kandydując na posła, przygotowywał sobie mówkę wyborczą zaczynającą się od słów: „jestem dobrze urodzony”; miał dodać po artystycznej pauzie: „bo jestem urodzony w Krakowie”. Nieborak spodziewał się burzy oklasków, tymczasem nie zdał sobie sprawy, że nie przemawia w salonie, ale w ujeżdżalni: jakoż po słowach; „jestem dobrze urodzony” rozległy się ryki, piski, gwizdania, nie pozwolono mu dojść do słowa. Stał z kwadrans, dając na próżno znaki na migi, że mu zepsuto pointę; nic nie pomogło: zlazł w końcu i poszedł do domu; i to „jestem dobrze urodzony” było jedyną mową kandydacką, jaką wygłosił w życiu. To był przełom dawnego a nowego Krakowa.

Powoli nasze uświadomienie polityczne rosło. Dostaliśmy nowego nauczyciela języka polskiego; nazywał się Maślak. Zdziwiło nas, czemu nauczyciel, wykładając literaturę polską, mówi stale: „wasza literatura”. Z początku sądziliśmy, żeśmy się przesłyszeli, ale gdy się to powtarzało, zagadnęliśmy gospodarza klasy236. Z pewnym zakłopotaniem przyjął nasze zwierzenie i objaśnił nas, że prof. Maślak jest — Rusin237. I tak dowiedzieliśmy się o kwestii ruskiej, o której się w Krakowie nam, dzieciakom, nie śniło. Bo nikt nie ma pojęcia o ciemnocie co do spraw życia bieżącego, w jakiej utrzymywała chłopców ówczesna galicyjska szkoła.

Wielkim wydarzeniem dziecięcego życia politycznego był wybór na posła do parlamentu nauczyciela historii, Augusta Sokołowskiego. Był to profesor surowy, wymagający; dobrze wykładał, mówiono o nim, że omal nie został profesorem uniwersytetu; imponował nam przy tym nienagannym strojem, zawsze czystym kołnierzykiem i niewzruszoną flegmą. W istocie miał się habilitować, ale „utrącono” go, zdaje się z przyczyn politycznych. Była to niezagojona rana; swoje nauczycielstwo gimnazjalne traktował zawsze z pobłażliwym lekceważeniem, a żądza odwetu trawiła mu serce. Parlament, Wiedeń — to dla ówczesnego bakałarza była kariera tak zawrotna, że dziś na próżno szukam dla niej porównania. Kandydował raz, przepadł; coś tam potem rozwiązano, czy też ktoś umarł, dość że były nowe wybory: przeszedł. Cóż za ewenement w szkole! Był właśnie naszym „gospodarzem klasy”; jak nie obejść podobnej okazji! Padło słowo: fakelcug238! Była to w owym czasie najwyższa skala owacji: orszak z pochodniami. Kupowało się smolne łuczywa, a wystarczało oczywiście wyjść z nimi na ulicę, tłumy były pewne. Po drodze chciano zrobić „kocią muzykę” pod mieszkaniem kontrkandydata, ale nikt nie wiedział, gdzie mieszka; ja wiedziałem, bo to był przyjaciel mego ojca i często bywał u nas w domu. Poprowadziłem tłumy: cóż za rozkosz choć przez chwilę być tak ważną figurą! Potem znaleźliśmy się pod domem, gdzie mieszkał August Sokołowski. Słysząc okrzyki, wiwaty, ukazał się w oknie, w otoczeniu politycznych przyjaciół oświecających go lampami. Podziękował nam gestem i wygłosił mowę polityczną, w której przyrzekł nam, że wstąpi do Koła Polskiego, ale że obierze — to były jego słowa — „wdzięczną drogę opozycji”. Przy moim niewyrobieniu politycznym, nie mogłem zrozumieć, skąd on wie, że będzie oponował, kiedy nie wie jeszcze, co tamci będą gadali? Ale fakelcug udał się świetnie, z nieodzownym zakończeniem: jedni poszli na Kazimierz „bić Żydów”, nie wiadomo za co, bo Żydzi „jak jeden mąż” oddali głosy za „szczełym demokłatą” (nie wymawiał r) Augustem Sokołowskim; a inni poszli do domu publicznego. Byłem zbyt młody i zbyt nieśmiały, aby im towarzyszyć.

To były sielankowe czasy parlamentaryzmu w Krakowie. Potem nagle przyszedł socjalizm, płomienny Daszyński239, i owa osławiona „piąta kuria”240 mająca oszukać gniew ludu; jeszcze potem powszechne głosowanie. Technika wyborów się zmieniła. Może to i szkoda. Za mało robi się dla dzieci.

Tygrysy czy matołki?

Może nie wszyscy wiedzą o tym, że nasza Komisja Kodyfikacyjna w swoim projekcie prawa karnego usunęła karę śmierci. Przypuszczam, że nie wszyscy o tym wiedzą, ile że ogół odnosi się do prac Komisji nad nowym kodeksem z dziwną biernością. Zdawałoby się, że w tak wyjątkowych okolicznościach, gdy dojrzały naród z pełną świadomością tworzy sobie swoje prawa, każde posunięcie kodyfikatorów wywoła dyskusję, komentarze. Komisja pragnie nawet tego; chciałaby mieć w społeczeństwie współtwórcę, pomocnika; w tym celu ogłasza drukiem projekt kodeksu w każdorazowej jego fazie; ale na próżno, nikt się nim nie interesuje. Zarówno ulgi jak srogości pp. prawodawców spotykają się z jednaką apatią. Tak jak obojętnie przyjęto zniesienie kar za sodomię, tak samo, gdyby pan Makowski z panem Rappaportem, zszedłszy się na ten upał przy mazagranie241, uchwalili np. sto bambusów w pięty za pomacanie kuzynki w trzecim stopniu pokrewieństwa, wszyscy przyjęliby to z równą flegmą.

Toż samo w stosunku do kary śmierci. Jeden z najbardziej zasadniczych punktów nowoczesnego prawa, rzecz która od lat była w innych krajach przedmiotem tylu walk i dyskusji! I oto teraz, gdy przyszła u nas okazja praktycznej w tej mierze decyzji, znów ta sama obojętność. Tak jeszcze nie przywykliśmy do decydowania o sobie!