Kpiąc zeń coraz to bezczelniej,

Aż wreszcie, dobrze gdzieś rano,

Gdy wyssą wszystkie likwory,

I każdy pałę zawianą,

A brzuch ma od śmiechu chory,

Pacjenta odwożą do dom,

Gdzie w pierzynie ciepłej legnie,

Nim ku nowym takim godom

Znowu latek dziesięć zbiegnie;

A ci szelmy krakowianie