— Koki, mój Koki — powtarzała wśród pocałunków — ożeń się ze mną, błagam cię, ożeń się! Przecie ja ci nie będę żadnym ciężarem. Będę pracowała. Będę ci pomagała. I przysięgam ci: Nie będę zazdrosna...
Pod pocałunkiem uczuła, że jego usta uśmiechają się. W oczach jednak błysnął gniew.
— Koki... — dodała jeszcze nieśmiało i umilkła.
— Zamęczysz mnie, zanudzisz — odezwał się znużonym głosem. — Już ci dwa razy mówiłem, że nie mogę, nie chcę i nie ożenię się z tobą. Nie cierpię żadnych obowiązków. Poco mi u djabła ciężkiego małżeństwo?...
— Więc mnie nie kochasz! — zawołała porywczo.
— Kocham i co z tego?
— Gdy się kocha, to się chce mieć tego kogoś na własność.
Junoszyc skrzywił się:
— To też i mam ciebie.
— Takie widywanie się ukradkiem — zaczęła, lecz przerwał jej, wpadając w słowo: