— Głupstwo! — machnął ręką. — Wyekwipujesz się zagranicą. W Wiedniu, w Paryżu.

— Koki! Jaka ja jestem szczęśliwa!

— No, doskonale — ziewnął — ale teraz idź już do domu. Jestem zmęczony, a w sleepingu brzęczało coś przy oknie i nie mogłem zasnąć.

Wracała do domu w cudownem usposobieniu. Obiecana podróż, projekty i nadzieje poprostu ją rozsadzały. W mieszkaniu nie zastała nikogo. Zmartwiła się tem, bo już chciałaby się swoim wyjazdem pochwalić. Zajrzała do kuchni. Stara Marcinowa oświadczyła, że musiało się coś stać, bo panienka Mika wysłała Józefa na pocztę z depeszą do pani, żeby przyjeżdżała natychmiast, a sama panienka dzwoniła do jakiegoś szpitala i wyszła, nic nie jedząc, a spiesząc się bardzo.

— A jak Marcinowa myśli, co się stało?

— Czy ja wiem, panienko?... Może co z panem Wojciechem?

— Może — obojętnie odpowiedziała Nira. — A wie Marcinowa, że ja wyjeżdżam zagranicę?

— Skądże mam wiedzieć — kobiecina zerknęła na nią i odwróciła się do kuchni.

— Jadę na kilka miesięcy. Do Francji, do Włoch... Po całej Europie.

— A poco, panienko?