— Niech się pani nie gniewa — uśmiechnął się. — Ale czyż ja mogę kogoś widzieć naprawdę dobrze, jeżeli przytem jest pani!?
— Dziękuję za uprzejmość.
— To nie uprzejmość, to prawda — powiedział z naciskiem.
— Panie Franciszku. Drzewa są zielone. To też prawda, ale jeżeli pan ją będzie tysiąc razy powtarzać, obrzydnie do ostateczności.
— Dawniej nie drażniło to pani — spochmurniał.
— Ale, nudziło zawsze — odcięła się ostro.
Teraz już zła była na siebie, że sprowadziła go tutaj. Ten człowiek, pomimo swojej miłości, o której ciągle gadał, nie umiał ucieszyć się jej szczęściem, przejąć się jej radością. Gdyby liczyła się bardziej z jego nastrojami, zepsułby jej połowę satysfakcji wyjazdu.
W przedpokoju niecierpliwie zaterkotał dzwonek. Po chwili do Niry zapukała Marcinowa:
— Proszę panienki, przyjechał pan Wojciech i prosi panienkę na chwilę.
Przeprosiła Murka i wyszła.