— A to wspaniała historja! Nie posądzałam pana o taką... przedsiębiorczość. Pyszne! Cóż?... Winszuję.
Musiała zużyć sporo argumentów, by go przekonać, że nie czuje doń żalu ani o sam grzech, ani o jego skutki. Murek rozczulił się i dziękował jej ze łzami w oczach za przebaczenie.
— O ile mi teraz będzie lżej — powtarzał.
Było już jednak późno. Na pożegnanie wycałował jej ręce. Potem przy świetle latarni zanotował raz jeszcze swój adres, pod który Nira z zagranicy obiecała napisać. Na szczęście nie wspomniał już więcej o przyjściu na dworzec.
Wchodząc na schody Nira śmiała się szczerze i wesoło. Bawiła się myślą, jak całą tę kapitalną historję opowie jutro Junoszycowi i jaką oboje będą mieli z tego zabawę.
Rozdział IV
Murek oparł się o latarnię i czekał aż w oknach na pierwszem piętrze zapaliły się światła. Nałożył kapelusz i zwolna ruszył w stronę Placu Teatralnego. Na zegarze ratuszowym było już wpół do jedenastej. Należało przyśpieszyć kroku, by zdążyć przed zamknięciem bramy. Nie usłyszałby wprawdzie od starego Niecki żadnego złego słowa, ale nie lubił korzystać z cudzej grzeczności nad miarę. Do Leszna zaś był kawał drogi.
Pan Niecka z żoną i zięciem siedzieli na ławeczce przed swoją bramą. Przy nich, jak zwykle w święto, przystanęło kilka osób pogadać. Młodsza córka Niecki gziła się i chichotała ze swoim kawalerem, czeladnikiem ślusarskim z naprzeciwka. Jego szeroko wyłożony à la Słowacki kołnierz koszuli i połyskujący brylantyną przedziałek Murek rozpoznał już zdaleka.
— Dobry wieczór — powiedział uchylając kapelusza. — A upał jakby zelżał.
— A jakby — odpowiedział Niecka.