— Mówi pan, że potrzebna mi jest niańka. A proszę sobie wyobrazić, że codziennie o zmierzchu wracam na Żolibórz zupełnie sama. Najgorszemi dzielnicami. Spoczątku się bałam, ale cóż mam robić. Nie stać mnie na tramwaj.
Murek milczał.
— Czy pan, jak deszcz ustanie, też idzie na Żolibórz? — zapytała.
— Nie.
— Ale bywa pan tam często?
— Poco?... Wcale nie bywam.
— Myślałam... Pan tam nie ma krewnych?
Spojrzał na nią zdumiony:
— A cóż to panią, do cholery, obchodzi?... Wogóle nie mam żadnych krewnych. Jestem sam, jak palec.
— To dziwne.