— Ach, przepraszam.

— Nic, mogę jeść i gadać — uśmiechnął się Murek.

I zaczął opowiadać poporządku, jak to było, jak werbowano w Warszawie na jednych warunkach, a później chciano narzucić zwerbowanym już na miejscu inne. Zmniejszyć dniówkę, albo wprowadzić akord. Praca była rzekomo mało wydajna. A jakże mogła być wydajna, skoro ludzie nie mieli sił... Niektórzy już od dwuch lat głodowali, kawałka uczciwej posilnej strawy nie widzieli! Jakże miała iść robota, kiedy śnieg w dziurawe buty właził, a nad człowiekiem wciąż tylko pokrzykiwano, żeby prędzej!

Opowiedział o licznych zatargach, o pobiciu inżyniera, o poobiedniem przemówieniu i wreszcie o samej strzelaninie. Opowiedział, jak przyjechała policja i jak zaczęto szukać Trzewika.

— A mnie właśnie przezywano Trzewikiem. Tedy dałem nura. Ciemno było, śnieg padał gęsto, ślady zasypał. Błądziłem przez noc, a rankiem doszedłem do pewnej małej wioski, gdzie i przesiedziałem kawał czasu.

— A w wiosce nie szukali?

— Jakoś nie. Zato tu po domach noclegowych szukali. Dlatego nie mogę tam nocować.

— I gdzież pan sypiał? — ze łzami w oczach zapytała Mika.

— Różnie. Po stajniach, a teraz w szopie przy składzie desek.

— Zaszczują człowieka — potrząsnęła zaciśniętemi pięściami panna Kosicka. — Zaszczują, jak psy!