— Zawsze lekka.
— O nie! — zaprotestowała — niechby pan tak spróbował całą noc przetańczyć z pierwszym lepszym. Najczęściej pijanym w dodatku. No i pić. Nie cierpię pić.
— A musi pani, żeby podbić rachunek gościa?
— Oczywiście. Koleżanki, to co pewien czas wstają od stolika idą do garderoby i palce w usta... Ale ja tego strasznie się brzydzę. Nie umiem. Raz spróbowałam i wtedy tak mnie głowa rozbolała i naprawdę rozchorowałam się. Okropne! I ten zaduch w lokalu. Do nas przyjeżdżają już z innych knajp. Rzadko który, trzeźwy. A ja mam wciąż takie szczęście, że nie dadzą mi spokoju. Siada taki przy stoliku i już pyta, czy Arleta wolna...
— Ładne imię.
— Tak mnie przezywają — wyjaśniła rzeczowo. — Ja wolę swoje, chociaż podobno jest brzydkie.
— A jak pani na imię?
— Zofja, Zośka. Pospolite, to prawda, ale...
Do pokoju weszła pani Koziołek, ostentacyjnie kłapiąc szerokiemi pantoflami i niosąc z szacunkiem talerz z parującą jajecznicą.
— Proszę — postawiła przed Arletką — na słonince. Tylko niema co rozgadywać się, bo ostygnie.