— Bynajmniej. Tylko proszę mi wytłumaczyć, poco miałbym zbliżać się do pani?...

— Jakto, poco?

— Ma pani przecie swego narzeczonego.

— I cóż stąd? Czy nie wolno mi nikogo znać poza nim?

— Wolno, ale nie warto. Sądzę, choć jeszcze go nie widziałem, że musi to być chłop młody i morowy, że ma na panią silny wpływ, że, słowem, zaspokaja wszystkie pani potrzeby, fizyczne i duchowe.

— Ach tak... A z czegóż to pan wnioskuje, że ma na mnie aż tak wielki wpływ?

— Z czego? — zaśmiał się. — No, przecież trzyma panią gorzej, niż na uwięzi, a pani drży na myśl jego gniewu. A już trzeba mieć kogoś w garści, by go pchnąć na taką... na taką zabłoconą drogę, na jaką on pchnął panią.

Dziewczyna niespokojnie spojrzała w stronę drzwi do kuchni.

— Tak — ciągnął Murek, — wy, kobiety, przepadacie za tymi, którzy was traktują, jak psa-przybłędę i wciągają was w swoje gnojowisko. Szczególniej kobiety wychowane w bezmyślnym zbytku, którym nie wpojono żadnych zasad, żadnej moralności. Jak ćmy lecą na świecidełka, na blichtr. Użyć! za wszelką cenę!

Dziewczyna wysłuchała go uważnie i zapytała na serjo: