— A pan co? Pan kazałby wyrzec się wszystkiego, co może nam sprawić radość, zapełnić życie, dać szczęście. Wyrzec się: Tak?
— Nie, nie! — podniósł głos — nie wyrzekać się, lecz znaleźć szczęście i radość w czemś innem, w wartościach wyższych!
— I jakież to wartości?
— Jakie? Życie pożyteczne, życie twórcze. Praca dla społeczeństwa, dla ludzkości.
Arletka skrzywiła usta:
— Z jakiej racji? Czy panu ludzkość dużo dobrego wyświadczyła?... Bo mnie same zło.
— To nie ma znaczenia. A zresztą, jeżeli nie stać kogoś na wyższe ideały, może chociażby żyć dla siebie. Przecież pani nie zaprzeczy, że są kobiety, które znajdują szczęście właśnie w swojem kobiecem powołaniu: być dobrą żoną, dobrą matką. Rozumie pani?...
Spojrzał na nią ze złością i odwrócił się. Szkoda było czasu na przekonywanie ślepego o piękności kolorów. Spowrotem rozłożył książkę, lecz przyszła mu nowa myśl i powiedział:
— Są takie kobiety, które w najgorszych warunkach, nawet w nędzy nawet narażone na szykany otoczenia, zdolne są jednak zdecydować się na urodzenie nieślubnego dziecka. I w tem dziecku widzą swoją radość i cel, i szczęście. Ale to są dziewczęta proste, z ludu, zdrowe moralnie, których twarda skóra nie przyjmuje zarazków z burżujskiego, gnijącego świata.
— Bajki, bajki, mój panie — zaśmiała się Arletka — każda z przyjemnością zamieniłaby tę twardą skórę na jedwabną bieliznę.