— Ależ ja jestem Murek, doktór Murek, i nic złego pani nie chcę zrobić. Przyjechałem po Karolkę i po Stefanka. Nie poznaje mnie pani?

— Na mękę Pańską, litości!... — zaskowytała Żurkowa i osunęła się na kolana, składając ręce jak do modlitwy. — Niech pan nie zabija! Nie moja wina! Bóg mnie skarał, nie moja wina. To ta łajdaczka, to ta nieczysta, to ona, my nic... Zlituj się pan nad starą, już i tak niedługo umrę... I on nie winien, to ona opętała nas, ona! Jędza, rozpustnica!... Grzech śmiertelny na nasze dusze...

Biła się piąstkami w piersi i krzyczała cienkim, ochrypłym głosem:

— Bóg nas skarał, będziemy gorzeć w ogniu piekielnym, ale zlituj się pan, ja wszystko powiem, całą świętą prawdę, nic nie zataję, jak na spowiedzi!... Ja wiedziałam, o ja wiedziałam, że tak się skończy. Bóg nierychliwy, ale zmiłuj się nad nami!... Wszystko powiem!

Murek z tego chaosu wykrzykników i zaklęć zaczął rozumieć, że Żurkowa niewątpliwie jest przerażona, ale nie straciła zmysłów, że poznała go i że musiało się tu stać coś okropnego.

— Dziecko nie żyje — przemknęło mu przez głowę i zawołał surowo:

— Gdzie Stefek?

— Jezu! Ratuj! — wyciągnęła ręce stara.

— Gdzie dziecko?... — powtórzył groźniej.

— Niema! Boże mój! Niema!