— Ach nie, cóż znowu — zaśmiała się — Doktór Lipczyński jest żonaty i ma dwoje cudnych dzieci, cudnych! To świetny chirurg, chociaż młody. Możecie się poznać. On jest całkiem innych przekonań niż pan, ale się napewno polubicie. To też taki prawy człowiek i taki niezłomny charakter. Często bywam wzywana do jego chorych. Bo on ma też własną lecznicę. Czasami nawet pomagam przy lżejszych operacjach. Pozatem nasi lekarze mają do mnie zaufanie. Często polecają mnie prywatnym pacjentom. Nigdy nie znałam tak dobrze Warszawy, jak teraz. Bywają dni, że gonię z jednego końca miasta na drugi po pięć razy. Tu zastrzyk, tam bańki...

Pił chciwie herbatę i słuchał jej głosu. Gdy milkła, wtrącał nowe pytanie. Dziwny spokój i jakaś serdeczna ufność brzmiała w jej słowach. Opowiadała o chorych, o lekarzach, o nowych znajomych, jakichś dzieciach, o ślubie brata, który ożenił się przed rokiem z nauczycielką szkoły powszechnej, o rodzicach tej nauczycielki, znowu o swojej pracy, otem, że ją lubią, że odwiedzają i zapraszają do siebie, że stworzyła sobie nowy świat, w którym jest jej dobrze i swojsko.

— Więc i taki świat może istnieć? — zapytał.

— Jakto taki? — zdziwiła się.

— No... — zawahał się — piękny świat, gdzie człowiek człowiekowi nie rzuca się do gardła, gdzie jest przyjaźń i litość, i wszystkie inne tego rodzaju luksusy i świecidełka...

Wybuchnęła śmiechem:

— Nie wierzę w pański pesymizm, panie Franku! Pan nie może tak źle myśleć o ludziach.

— Dlaczego?

— Właśnie pan nie. Bo pan do mojego świata należy.

Zaczerwieniła się i dodała: