— Pan był zawsze dla mnie, jest jeszcze do dziś dnia, jakby sprawdzianem. Gdy kogoś nowego spotykam, porównuję go z panem. Gdy ktoś ugina się pod wpływem niepowodzeń, czy cierpień, staje mi przed oczyma całe piekło, które się przeciw panu sprzysięgło, a przez które pan przeszedł z nietkniętą i niezabrudzoną duszą. Za uczciwość zapłacono panu potwarzą, za prawość nędzą, za miłość, podłą zdradą. Odebrano panu wszystko, ale nikt i nic nie mogło wydrzeć panu pańskiej własnej wartości. I przez jej pryzmat pan patrzy na życie. I dla tego samego nie może pan wierzyć w zło. Och, panie Franku, panie Franku. Gdybym była poganką, ustawiłabym tu, w kąciku, pański posążek i składałabym mu ofiary. Dziękczynne ofiary za to, co pan dla mnie zrobił. Za to, że myśl o panu zawsze mi była otuchą i pociechą, i drogowskazem, i wiarą. Pocóż pan chce zasłonić się cierpkiemi słowami, skoro wiem, że są tylko pańską obroną przedemną?... Nie trzeba, panie Franku, nie trzeba tak...
Nie patrzyła na niego i mówiła cicho, ledwo dosłyszalnie:
— Ja już nie chcę i dziś nie mam prawa narzucać panu siebie... Więc nie trzeba... Ale pan wie przecież, jak bardzo, jak głęboko pana kochałam. I ten... ten posążek jest wciąż moim skarbem, najcenniejszym skarbem. Nie trzeba go dotykać. Nic go zresztą dotknąć nie zdoła... Przecież każdemu człowiekowi wolno jest mieć starannie ukryty taki ołtarzyk... Myślę, że kiedyś, kiedy będę umierała... Ale, co tam... To tak wielka radość, że pan tu jest, że mogę z panem mówić, że przecież nie zapomniał pan zupełnie o mojem istnieniu. Dziękuję panu...
Murek zacisnął szczęki, lecz nie mógł się opanować. Wielkie łzy zaczęły spływać po jego twarzy, coraz prędzej i prędzej, aż wreszcie targnęło coś w piersiach, zaskowytało w krtani i wybuchnął ciężkim, bolesnym szlochem. Jakby ktoś pazurami rozdzierał płuca, jakby dławił za gardło...
— Co panu?... Co panu?... — słyszał jej głos i na kurczowo zaciśniętych rękach czuł dotyk jej rąk.
Wstał chwiejąc się i podszedł do okna. Zwolna uspokoił się i spróbował uśmiechnąć się do niej, chociaż mięśnie twarzy dygotały mu jeszcze spazmatycznie.
— Już przeszło... Histerja... Proszę mi darować... Przyłazi taki stary byk o północy... i takie rzeczy urządza... Nerwy... nerwy...
— Może weźmie pan kropli walerjanowych? — zerwała się.
— O nie, dziękuję. Chyba, że ma pani trochę wódki.
Mika zatroskała się. Nie, wódki nie ma, ale ma spirytus. Zmięsza go z malinowym sokiem, i będzie dobry.